24/10/2019
Dwa tygodnie temu wyskoczyłem ze znajomymi w Tatry. Miały być Zachodnie, ale udało mi się ich namówić na trochę trudniejszą trasę, wybraliśmy Skrajny Granat. Pogoda była idealna, piękne słoneczko, zero wiatru, pustka na szlaku (dosłownie może 5 osób spotkaliśmy od Czarnego Stawu Gąsienicowego). Ja prowadziłem, w pewnym momencie trochę się rozdzieliliśmy. Minąłem łańcuchy i pojawił się lód, na dosyć sporej ekspozycji - efekty opadów śniegu sprzed tygodnia, kiedy to postanowiłem nie pchać się jednak wyżej. Do szczytu zostało już 20-25 minut. Zaliczyłem lekki poślizg na lodzie, ale utrzymałem równowagę (jakiś Słowak próbował mnie łapać, na szczęście widział, że sobie radzę i dał spokój, bo mogło nas dwóch polecieć kawał drogi w dół). Jakieś 10 minut po minięciu łańcuchów dostaję telefon od kolegi, że jego dziewczyna nie przejdzie tej ekspozycji, ale żebym atakował - oni zaczekają. Ruszyłem szybkim krokiem do góry, bez zatrzymywania starając się mijać śnieżne płaty i oblodzenia lekko się wspinając po skałkach obok szlaku. Na szczycie stanąłem pierwszy, za mną jeden Słowak, który wyciągnął drumlę i zaczął na niej grać. Wypiłem szybkie piwo jako izotonika, strzeliłem kilka zdjęć i dawaj na dół. I tam zaliczyłem znowu odcinek "Gwiazdy tańczą na lodzie", ale już w bezpieczniejszym miejscu...
Mam nadzieję w okolicach 9-11 listopada wyskoczyć jeszcze w wyższe partie Tatr, zanim trzeba będzie poczekać na solidną pokrywę śnieżną.
30 lat temu zginął Jurek Kukuczka.