21/07/2022
Po długiej - bo aż półrocznej - przerwie powracam do Was niczym Czerwony Kapturek (zielony właściwie - zważywszy na mój strój maskujący) z koszyczkiem pełnym fotograficznych wypieków, idący w podskokach ku leśnej chatce z uchylonym oknem... przeglądarki, a za mną gęsiego podążają niedoliski, warchlaki, koziołki, susły, nornice, łasice, zające, uszatki, żołny, dzięcioły, podróżniczki i cała plejada mistrzów (od)wagi piórkowej z gNiazdozbiorów, o których nie śniło się androidom mówiącym językami ludzi i aniołów. Skoro już mowa o Kapturku, to wypadałoby wywołać wilka z lasu, żeby bajkowej tradycji stało się zadość - co też uczyniłam, więc zachowajcie czujność, przemierzając tę fotograficzną knieję. Leśmian szepnąłby pewnie pod mysim wąsikiem, że dane mi było wiosennie "nieobecnieć w mżach oddali". Faktycznie, unieobecniłam się tu na całą wiosnę, którą w lwiej części upamiętniam dziś uroczyście tym wpisem. Dziwna to wiosna - rozpostarta między skrajnie odmiennymi pejzażami, tymi wewnętrznymi również, spięta mroźno-upalną klamrą i zamknięta kluczem wiolinowym z pieśni lodu i ognia, bo nasze ostatnie spotkanie upłynęło pod znakiem oszronionych gałązek, marzeń, marznięć i zmrużeń (o których już ani mru-mróz), a dziś przypada na czas, który wyciska z nas siódme poty za siedmioma górami i za siedmioma morzami. Ten wpis też będzie ciepło-zimny, słodko-gorzki - jak twarz człowieka, do którego raz po raz uśmiecha się szczęście, by za chwilę zmienić się w chichot losu i grymas rzeczywistości. Tęskniłam za Wami i Waszą życzliwością, która zawsze znajduje ujście w dobrych słowach, pozostawianych tu przez Was jak piórka na wietrze. Bo nasze spotkania to przeloty: przyloty, odloty, muśnięcia uobecnień. Moje słowa spowite są metaforami jak pola mgłą o świcie. Wpisy towarzyszące zdjęciom, czytane pewnie przez nielicznych, stały się rodzajem zawoalowanego, poetyckiego pamiętnika, bo tylko taka forma okazjonalnych wynurzeń ze strumienia świadomości jest dla mnie dopuszczalna w tym miejscu. Język poetycki pełni chyba rolę czyśćca dla wielu trudnych emocji, które znajdują tu wyraz, a czasem są tak zakamuflowane, że łąkę można pomylić z rozłąką, rudość z radością, los z lasem, a lęki z lęgami. Wielokrotnie cytowałam Wam ukochany passus z wiersza S. Grochowiaka - o tym, że "godziny przy piórze" leczą rany i wstrzymują od ich zadawania. Mogę rzec, iż metafory pozwalają mi pisać o najbardziej bolesnych sprawach w sposób delikatny. Bo przemoc, także ta słowna, nigdy nie jest mocą, wręcz przeciwnie - jest niemocą, która przypomina portret Doriana Graya. Tegoroczne przedwiośnie dobitnie nam to pokazało. To przecież wiosna miała wybuchać feerią barw, a wybuchła wojna... I nie ma w niej kolorów. Wiosna w końcu też przyszła - niby w tej samej szacie roślinnej i z tą samą pierzastą, parzysto- i puszystokopytną reprezentacją braci mniejszych (a czasem większych), co rok temu, ale z rozedrganą niczym krzywa EKG chorego serca linią horyzontu, za którym wciąż dzieje się wiele złego. Gdy za granicą rozpętało się piekło, przełączyłam swoją codzienność na tryb awaryjny, w kontekście którego publikowanie zdjęć dzikiej przyrody wydawało mi się niestosowne, lekceważące, nawet jako forma desperackiego eskapizmu. Z czasem jednak okazało się potrzebne, wręcz konieczne i ocalające, bo wciąż istnieje świat, który należy ocalić od zapomnienia i od zaciemnienia. Do zła nie można przywyknąć, nie można na nie zobojętnieć, wojna nie może spowszednieć - dlatego trzeba nieustannie zaznaczać i pogłębiać kontrast między nią a tym INNYM światem, takim choćby jak ten, który uśmiecha się do Was teraz z okna przeglądarki; takim, który plątaninę żyłek i linii papilarnych na dłoniach Matki upodabnia do topografii krainy Lothlórien widzianej z lotu ptaka; takim, który wprawia psi ogon w radosny ruch; takim, który mięknie pod ugniatającymi łapkami zrelaksowanego kota; takim, o którym pisał Leśmian, i który Wy być może tworzycie ze swoimi dziećmi, czytając im bajki na dobranoc. Może maleńki ptaszek ze swoimi "elektrokardiograficznymi" ruchami ogonka nie zatrzyma czołgu, może puszysta ruda kita, którą otula się śpiący lis, nie osłoni dziecięcego ciała przed kulą, a świergot nie zagłuszy eksplozji, ale te mniejsze i większe cuda natury są bezcennymi drogowskazami, które zawsze wskazywać będą nadzieję - na miłość, dobro, spokój i całą resztę, której z nimi po drodze. I będą przypominać, że "bunt się uskrzydla tak - jak się uczula". Będąc tu, wśród zwierząt, na łonie dzikiej przyrody, gdzie wszystko jest na swoim miejscu - i czujność, i czułość, człowiek nie ma bowiem wątpliwości, o co i przeciw czemu winien walczyć, na co nigdy nie może się zgodzić. Bywa jednak, że wspomnianej nadziei brakuje - gdy odbierają ją kawałek po kawałku potworne tragedie, takie jak narastająca od lutego hekatomba, choroby albo rany zadawane przez osoby, które się kocha. Często wyobrażam sobie życie jako wielkie płótno i zastanawiam się, czy obciążające nasz bagaż doświadczeń nieszczęścia, traumy, rozczarowania, przykrości i lęki są po prostu kolejnymi warstwami zmieszanych farb, nakładanymi raz po raz na pierwotny obraz świata i ludzi, który jest w istocie piękny, tylko zamalowany, ukryty pod tymi grubymi warstwami. A może jest inaczej - może każde bolesne doświadczenie zdziera te nagromadzone przez lata warstwy farb - rozpryski marzeń, literackich omamień i zaschniętych ideałów, które przykrywają smutną prawdę o naturze człowieka i bezcelowości naszego istnienia. Staram się jednak dochować wierności temu pierwszemu wyobrażeniu - przy nieocenionej pomocy moich skrzydlatych i futrzanych druhów. Ilekroć odnajduję kolejną lisią norę, myślę sobie, że te same - najsłodsze na świecie - czarne łapki z pazurkami, które w pocie rudego futra je wykopały, zdrapują też rzeczone warstwy bolesnych doświadczeń z mojego "płótna", sprawiając, że spomiędzy ciemnych jak strupy plam wyłaniają się fragmenty obrazu widzianego zachwyconymi oczami dziewczynki, którą kiedyś byłam. Tak właśnie czuję i wierzę, że dzika przyroda koi, oczyszcza scala i ocala - jakby wilgotnonose sarny albo lisy wylizywały duchowe rany i łzy, a ptaki wyskubywały ciernie z plątaniny niespokojnych myśli i wiły w nich gniazda, w których każde kukułcze j**o losu znajdzie odrobinę ciepła potrzebnego do wykukania lepszego czasu. Nieco paradoksalne wydaje się w tym wszystkim to, że świat pełen drapieżnych - a więc niebezpiecznych - zwierząt może dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale nietrudno też zrozumieć ów paradoks. Strach przed drapieżną dzikością serca zwierzęcia wynika z szacunku wobec jego natury, z jej rozumienia i akceptacji. Strach przed człowiekiem jest czymś zupełnie innym. W zwierzęciu nie ma zawiści ani nienawiści. Zwierzę nie rozpętuje wojen, w której giną setki, tysiące, miliony… Zwierzę nie kłamie, nie pomawia, nie poniża, nie złorzeczy, nie wpędza w pułapkę poczucia winy, nie krzywdzi dla zaspokojenia poczucia kontroli nad cudzymi uczuciami, nie bawi się nimi, nie jest interesowne, skore do roszczeń i osądów, nie zadeptuje cudzych radości ani sukcesów, nie czerpie siły z zadanego bólu. I to kolejny paradoks - kiedy brak czegoś staje się duchowym bogactwem. Trudno jednak iść przez życie, omijając ludzi, tym bardziej że przecież są wśród nich tacy (ukryci jak strzyżyki w gęstwinie ciernistych krzewów), którzy swoją wrażliwością, dojrzałością, empatią i bezinteresowną życzliwością dają nadzieję na to, że - jak pisał Stachura - "z bliźnim się możesz zabliźnić". Potrzeba odwagi, by tę nadzieję do serca przyjąć. Gdy krzyżuję spojrzenia z napotkanymi o świcie lisami, których ciekawość jest zawsze silniejsza od strachu, gdy uśmiecham się na widok uniesionych sarnich pyszczków, próbujących wyniuchać mój zapach przed teatralnym odskokiem; gdy patrzę na niezdarne ruchy podlotów i ich zachłannie, ufnie rozwarte dzioby pełne słodko skrzypiących dźwięków - ogarnia mnie fala tkliwości, która wypełnia wszystkie wewnętrzne pęknięcia, kratery, wybrakowania, pustostany, a która wypłukuje niektóre litery ze słów i zabarwienia emocjonalne ich desygnatów, zmieniając - chociaż na chwilę – roz-czarowania w o-czarowania. Z tą tkliwością płyną słowa tekstu, który (tu w pełnej wersji, w moim roboczym tłumaczeniu) wrócił do mnie po latach. Zakotwiczył się w mojej pamięci wraz z "Posłaniem do nadwrażliwych" prof. Kazimierza Dąbrowskiego, kiedy jeszcze moja skorupka nasiąkała za młodu mnogością wrażeń i wartości. Wtedy rozumiałam go na swój sposób, choć apriorycznie, dziś odczuwam głębiej przez pryzmat doświadczeń, a także w kontekście trwającej od lutego tragedii i ukształtowanych pod jej wpływem postaw. Pod tym względem tekst "Mimo wszystko" (w oryginale zatytułowany "Anyway: The Paradoxical Commandments") daje nadzieję, że droga, którą się wybrało - trudniejsza, momentami wyboista albo monotonna - jest właściwa. Pod względem bardziej osobistym też znajduję w nim otuchę, na której straży stoją wszystkie "moje" dzikie zwierzęta - trochę przypominające gości na przyjęciach pani Dalloway, które ta wydawała, "by zagłuszyć ciszę". Tę zewnętrzną, bo z wewnętrzną jest inaczej, a pięknie opisała ją Ana Maria Matute w jednej z moich ukochanych książek - "Bezludnym raju": "Niewielki wzrost w połączeniu ze skłonnością do milczenia - cisza była i jest do dziś jednym z moich najukochańszych przyjaciół - zmieniały mnie w coś jakby gąbeczkę absorbującą wszystko, co usłyszała, a czasem nawet zobaczyła":
Kent M. Keith
MIMO WSZYSTKO
Ludzie postępują bezmyślnie, nierozsądnie i samolubnie.
Kochaj ich – mimo wszystko.
Gdy czynisz dobro, posądzają cię o egoizm i nieczyste intencje.
Czyń dobro – mimo wszystko.
Gdy odnosisz sukcesy, zyskujesz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów.
Odnoś sukcesy – mimo wszystko.
Serce, które okazujesz dziś, jutro zostanie zapomniane.
Okazuj serce – mimo wszystko.
Uczciwość i szczerość czynią cię podatnym na zranienie.
Bądź uczciwy i szczery – mimo wszystko.
Wielkie idee bywają tłamszone przez wąskie horyzonty.
Bądź ambitny – mimo wszystko.
Ludzie sprzyjają słabszym, ale podążają za zwycięzcami.
Walcz w imię słabszych – mimo wszystko.
To, co budowałeś latami, może runąć w ciągu nocy.
Buduj – mimo wszystko.
Ludzie naprawdę potrzebują twojej pomocy, ale mogą odpowiedzieć na nią atakiem.
Pomagaj im – mimo wszystko.
Gdy dajesz z siebie to, co najlepsze, możesz otrzymać cios prosto w serce.
Dawaj z siebie to, co najlepsze – mimo wszystko.
Owa gąbeczka absorbująca wszystko, co widziała i słyszała, okazała się tym razem wyjątkowo chłonna, zważywszy na mnogość bohaterów dzisiejszej galerii. To zaledwie wyimek z tego, co przez ostatnie miesiące zachomikowałam, przenosząc obrazy z kart Księgi Natury na karty pamięci. Wybór 80 zdjęć z kilku tysięcy to wyzwanie na miarę "W 80 dni dookoła świata". Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć więcej, zapraszam na mój prywatny profil. Z każdym zwierzęciem wiąże się osobna historia, którą z dziką (nomen omen) radością bym Wam opowiedziała. Jednak to, co miało być lakonicznym wstępem, rozrosło się w tym wpisie do rozmiarów słonia połkniętego przez boa z "Małego Księcia", toteż muszę się streszczać niczym turystka słów z wiersza Ewy Lipskiej, bo "przed nami droga. Szeptem w dół. / Coraz krótszy oddech znaczeń". Wiele drogocennych ujęć z dzisiejszej galerii to owoc moich kilku wizyt w Szkole Fotografii Przyrodniczej OBLICZA NATURY. W tym miejscu uśmiecham się całej Darkowej Ekipy, do Dorotki i pozostałych Współtowarzyszek niezapomnianych fotołowów: Kasieńki, Kasi i Marzenki :) Mrugnijcie, Dziewczyny, jeżeli dotrwałyście do tego akapitu. Dziękuję za dobre chwile.
Minione półrocze nieoczekiwanie obdarowało mnie kilkoma spełnionymi fotomarzeniami: pisklętami samodzielnie wytropionych uszatek, koziołkiem w rzepaku, świetlistymi konturami sarnich sylwetek skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, żołnami, podróżniczkami, warchlaczkami tak małymi, że wydającymi dźwięki przypominające jeszcze nie chrumknięcia, a ptasi świergot... Najwspanialszym darem losu (albo darem lasu) okazały się jednak lisy i… wilk. Nie sądziłam, że marzenie o niedolisku - i do tego zwielokrotnione - spełni się tak szybko. Stało się to krótko po bolesnym doświadczeniu tego, co opisuje przedostatni wers cytowanego wcześniej tekstu "Mimo wszystko". Od tamtego momentu lisy - niemal dosłownie - zaczęły mi spadać z nieba. I spadają do dziś, otulając mnie opiekuńczo swoją bezszelestną obecnością. Żadne zwierzę nie budzi we mnie tak silnych emocji, jak lis. Kochałam je apriorycznie od dawna, choć wcześniej było to uczucie na odległość, karmione zapisami cudzych doświadczeń i własnymi wyobrażeniami. Odkąd otoczyło mnie – na wyciągnięcie ręki - stado dziewięciorga niedolisków, odkąd usłyszałam oddech umęczonej macierzyństwem, zniewalająco pięknej liszki, z którą spotkałam się nos w nos, odkąd położyłam się na trawie parę metrów obok śpiącego, zwiniętego w kłębek liska – zlisiałam bez reszty i nawet na widok rudych gąsienic (zwanych potocznie – nomen omen – liszkami) zastanawiam się, czy przepoczwarzą się one w lisy zamiast w motyle. Mam takie magiczne miejsce na peryferiach Wrocławia, które od pewnego czasu regularnie odwiedzam o świcie – i za każdym razem spotykam tam co najmniej jednego lisa. A one są jak duchy z ogonami przypominającymi warkocze kometarne. Wystarczy odwrócić głowę na ułamek sekundy, a na ścieżce materializuje się – znikąd – lis. I patrzy. Przenika. Aż znika. Ciekawość zawsze jest u niego o krok przed strachem. Czasem ta chwila lisiej ciekawości wydłuża się – ku uciesze fotografa. Lis złącza „osmolone” łapy, mruży oczy, sonduje otoczenie uszami, przechyla głowę – i zakrada się w głąb patrzącego. Jeśli trafi na pokrewną duszę, to przebudowuje serce swojego obserwatora, które z czasem nie składa się już tylko z komór i przedsionków, ale również z lisich nor. Ktoś kiedyś zażartował, że lis to kocie oprogramowanie na psim twardym dysku z delfinią kartą dźwiękową. Sporo w tym prawdy – lis, po hiszpańsku zorro, jest stworzeniem granicznym, dychotomicznym (a może polifonicznym?), trochę jak marzący, który – wedle słów prof. Marii Janion – „jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest”. Łączy w sobie cechy i stany, które mnie zachwycają: „czułoczujność” (kto choć raz widział liszkę opiekującą się młodymi, ten wie, jak czuły potrafi być czujny lis), odwagę, spryt, tkliwe łobuzerstwo, a zarazem dystynkcję i bursztynowooką refleksyjność, a to wszystko zaklęte w zindywidualizowanej, puszystej formie. Nie ma dwóch lisów o takim samym spojrzeniu albo wyrazie pyszczka. Niektóre są wiecznie zdziwione, inne mają nieodłączony szelmowski uśmiech, a jeszcze inne stale mrużą oczy, jakby gdzieś Was widziały, ale nie mogły sobie przypomnieć gdzie. Możecie się o tym przekonać, buszując wzrokiem w dzisiejszej galerii. Lis mają na tych swoich cudnych mordkach wymalowaną całą paletę emocji, a czego nie zdołają nimi wyrazić, to zawsze dopowiedzą ruchliwymi uszami. Co ciekawe, Anglicy mają szczególne określenie na „mgłę, która sunie wśród drzew na skarpie w Downs podczas niespokojnej pogody" – nazywają ją lisimi naparami (ang. foxes brewings) :) Czyż to nie piękne? Takie napary aż chciałoby się spijać duszkiem… leśnym. Ja spijam je z wdzięcznością za każdą chwilę, w której lisy wpuszczają mnie odrobinę do swojego świata. Spotykamy się tam z poszanowaniem granicy wyznaczanej przez dzikość naszych serc - mojego i lisiego. Czasem im śpiewam, parafrazując pod nosem fragment ulubionej piosenki Patti Smith:
“When suddenly Johnny gets the feeling he's being surrounded by
FOXES, FOXES, FOXES, FOXES
coming in in all directions
white shining silver studs with their nose in flames,
He saw FOXES, FOXES, FOXES, FOXES...”
Lubię też patrzeć na wyleżane kępki traw w okolicach lisich norek – ślady snów (niedo)lisków, które wcześniej udało mi się tam wytropić. Rozczula mnie ten widok. Przypomina mi pierwsze spotkanie z lisem – sprzed roku. Obudził się i przez długi czas przenikał mnie na wskroś zaspanym spojrzeniem. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że o ile lis się wtedy obudził, o tyle ja zapadłam w najpiękniejszy sen na jawie, sen świtu wiosennego, sen o szczęściu, który uśpił moją czujność, a rozbudził czułość - sen, z którego brutalnie wyrwała mnie potem rzeczywistość. Czasem wracam samotnie w tamto miejsce i wypełniam ślady po śnie LIS-tami pisanymi w myślach:
„potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie”.
Ale los obdarował mnie spotkaniem z jeszcze jednym wyjątkowym i wymarzonym zwierzęciem. Co ciekawe, poprzedziło je to samo zjawisko, które ujrzałam na niebie dzień przed odkryciem niedolisków – podwójna tęcza, najpiękniejsza ligatura w Księdze Natury. Zaczynam chyba rozszyfrowywać jej znaki. Obie podwójne tęcze otuliły mnie otuchą po splocie bardzo stresujących i bolesnych chwil. Ich końce wybrzmiały barwami słów piosenki: „One for joy! / And one for sorrow / One for the hand that takes mine tomorrow”. Podobno trzeba mieć ogromne szczęście, by spotkać wilka. Mnie było dane wymienić z nim spojrzenia w środku deszczowego dnia - na skraju lasu. Wilczych oczu nie sposób zapomnieć – do tej pory czuję się, jakby rzucono na mnie zaklęcie, i uśmiecham się jak Dracula, kiedy w filmie nazwał wilki „dziećmi nocy”. W dzień wilk widzi słabo i monochromatycznie, ale ja mogłam ujrzeć go w pełnej krasie nasyconej całą paletą moich emocji, choć nie było w nich strachu, tylko respekt wymieszany z fascynacją oraz iście wilczym głodem… wrażeń.
Lato trwa. Piękny to czas dla fotografów przyrody, ale nie dla każdego niespokojnego ducha łaskawy. Trudno wyprowadzić myśli na spacer podczas krótkich nocy. Część z nich bezpańsko błąka się o świcie i ulatuje niczym Ikar ku słońcu, by po chwili opaść na ziemię w kanikularnym niewysłowieniu. Dla wichrowych jesieniar, takich jak ja, lato bywa udręką. Mam wrażenie, że wszystkie emocje pozostają wtedy w stanie zawieszenia – jak pust(uł)ka nad polem. Dopiero pierwszy powiew jesieni – roztaczający upojny zapach dogasającego lata – sprawia, że emocje zaczynają nabierać prawdziwych barw i opadać wraz z liśćmi, pod którymi leśne stworzenia zwiną się w kłębuszki i zapadną w sen zimowy – o kolejnej wiośnie. O lepszym czasie, którego Wam i sobie z całego serca (i wykopanej w nim lisiej nory) życzę.