Małgorzata Skibińska Fotografia

Małgorzata Skibińska Fotografia Małgorzata Ewa Skibińska
FOTOGRAFIA PRZYRODNICZA

Te wszystkie chroboty, pohukiwania, świergoty, trzepoty, piski, stukoty i inne echa dzikości serca – dobiegające co najm...
20/01/2025

Te wszystkie chroboty, pohukiwania, świergoty, trzepoty, piski, stukoty i inne echa dzikości serca – dobiegające co najmniej od roku ze szczeliny czasu w tym uchylonym okienku na świat – to zapewne oznaki zniecierpliwienia bohaterów moich nieopublikowanych zdjęć, których historie domagają się upamiętnienia. A historia kołem źrenic się (t)oczy. Oddaję jej zatem moje oczy i Wasz głos, bo każde z Was najlepiej dopowie to, co podpowie wyobraźnia.

W kolejach mojego losu pociąg do radości ma coraz większe opóźnienie. Tu, na tej wirtualnej stacji, zatrzymuje się, jak widać, raz w roku. A ja – od lat już wpatrzona w czyjeś ślady nieobecności – zamieniam je w ścieżki myślowe, którymi wybiegam daleko – tam, gdzie jest mi lepiej, poza czasem. „Zamiatani przez zegary, trzymamy się swoich wskazówek, póki ręce nie osłabną” (Małgorzata Zakrzewska [1963–2025]). Mam jednak nadzieję, że na owej wirtualnej stacji napotkam jeszcze niejednego Pasażera Nastroju, z którym będę mogła podzielić się uśmiechem jak chlebem powszednim.

Z opublikowanej dziś galerii możecie wyłowić wzrokiem książeczkę dla dzieci mojego autorstwa.
Zima to czas sprzyjający obserwacji wielu ciekawych gatunków ptaków. Jeśli zauważycie na gałązce coś, co przypomina skrzydlatą białą mysz z niebotycznie długim ogonkiem, to możecie być pewni, że to raniuszek, jak ten widoczny na okładce nowego, uzupełnionego wydania „Ptaków świata”, które wyszły spod mojego – nomen omen – pióra i ukazały się pod skrzydłami wydawnictwa MD Creative, w którym pracuję od siedmiu lat jako tłumaczka, redaktorka i autorka. Jeśli zatem szukacie idealnego prezentu dla małego ptasiarza albo ptasiarki, to z całego serca polecam Wam tę szczególną książeczkę w nowej odsłonie – z dodatkową rozkładówką, świeżą porcją ciekawostek, zdjęć (w tym sześciu moich – łącznie z okładkowym raniuszkiem) oraz informacji zaktualizowanych na podstawie danych z Czerwonej Księgi Gatunków Zagrożonych. To owoc mojej pasji przyrodniczo-fotograficznej, który – również jako badaczka – z pełną odpowiedzialnością mogę sygnować znakiem jakości merytorycznej.

A co kryje się w środku? Róg obfitości w piękna rodem: plakat XXL z 46 gatunkami ptaków występujących w Polsce, pięć plakatów A4, 48 starannie wyselekcjonowanych ptasich ciekawostek z metryczkami i zdjęciami w formie naklejek (i 52 dodatkowe naklejki!), trzy strony pełne faktów, rekordów, zaskakujących i praktycznych informacji, w tym o mądrym dokarmianiu ptaków zimą.

W książeczce znajdziecie odpowiedzi na poniższe pytania (i wiele innych):
• Który ptak gra na skrzydłach jak na skrzypcach?
• Co mają wspólnego raniuszki z pingwinami?
• Który ptak śpiewa swoim j**om, by nauczyć młode tajnego hasła?
• Co to są murmuracje?
• Czy istnieją łaciate kosy albo białe rudziki?
• Który ptak potrafi wyczuć zbliżające się tornado z odległości kilkuset kilometrów?
• Co to jest „ptasie mleczko” i które ptaki je produkują?
• Ile gatunków sikor występuje w Polsce?
• Który ptak ma szpony dłuższe od pazurów niedźwiedzia brunatnego?
• Czy Struś Pędziwiatr na pewno był strusiem?
• Co łączy słowika rdzawego z… piłą łańcuchową?

Więcej informacji w komentarzu i na stronie:
MD Creative

Będzie mi bardzo miło, jeśli zechcecie sięgnąć po tę książeczkę i obdarować nią kogoś bliskiego lub po prostu mieć taką pamiątkę związaną ze mną i światem, który wywołuję z lasu (i losu).

Z dumą pragnę również przekazać, że już bodaj czwarty raz z rzędu moje fotografie znalazły się w wyjątkowym kalendarzu fundacji Ja pacze sercem, roztaczającej opiekę nad niewidomymi i niedowidzącymi kotami. Informacje o sposobie nabycia charytatywnego kalendarza znajdziecie pod wpisem.

W galerii zamieściłam ponadto filmik, który otworzył nowy rozdział moich przyrodniczych eksploracji. Gdy przypadkowo zdjęłam z rąk ciężar teleobiektywu i skierowałam otwartą dłoń w stronę karmnika w moim lasku, nieoczekiwanie na dłoni przysiadła bogatka. Z czasem w jej ślady poszedł, a właściwie poleciał, kowalik. Może kiedyś na odwagę zbierze się również mój ukochany strzyżyk? A skoro o nim mowa… W pasjonującej książce Stephena Mossa pt. „The Wren: A Biography” poświęconej temu ptakowi trafiłam na zdanie, które mnie zachwyciło: „It’s almost as if he cannot contain the sheer energy within his tiny body, as he releases it through this sudden burst of sound – memorably described by one observer as ‘a dance of rainbows’” ["To trochę tak, jakby nie mógł powstrzymać energii rozpierającej jego maleńkie ciałko i uwalniał ją przez nagłą eksplozję dźwięku – co pewien obserwator porównał w swoim pamiętnym opisie do ‘tańczących tęcz’”. A tęcza również znalazła się w galerii, tyle że… biała, mgielna, zwana niekiedy „tęczą duchów”.

Na koniec kilka słów o miejscach, które uwieczniłam na zdjęciach, wplatając je w przyrodniczą plejadę „braci mniejszych”. Wyspa z latarnią morską, ta „zakropkowana” ptakami, to Bass Rock w Szkocji. Znajduje się tam największa kolonia głuptaków na świecie, licząca ok. 150 tysięcy osobników. Krajobraz z zamczyskiem Dolbadarn i gigantycznym mieczem to z kolei wspomnienie z walijskiego Llanberis. To tam sfotografowałam kawkę, która – w ostatnich promieniach słońca – wyglądała, jakby miała na szyi kępkę lisiego futra. „Slightly foxed” – opisałby ją Anglik, a nomen omen tak właśnie nazywa się jeden z najpiękniejszych antykwariatów na Wyspach Brytyjskich. Jego zapierające dech wnętrze również możecie obejrzeć w galerii.

Od lat eksploruję Wielką Brytanię i zachwycam się nią za każdym razem na nowo. Chyba największych wzruszeń dostarczają mi zawsze typowo brytyjskie zwyczaje upamiętniania swoich bliskich: tabliczki na ławkach, mostach, często dekorowane dodatkowo świeżymi kwiatami i zalaminowanymi wiadomościami. Wszystko to otaczane jest szacunkiem, traktowane z empatią i delikatnością, nie ma mowy o dewastacji. Ilekroć goszczę na Wyspach, odnoszę wrażenie, że granica między światem widzialnym i niewidzialnym, między światem żywych i zmarłych, między pejzażem wewnętrznym i zewnętrznym, zaciera się tam jak nigdzie indziej. Odczułam to w sposób szczególny na szkockiej wyspie Arran. Wybrałam się tam jesienią zeszłego roku, na krótko przed moimi 40. urodzinami, by uhonorować najdroższą Osobę i Jej dzieło w niezwykłym miejscu: Library in the Woods. Ta niepozorna chatka nieopodal wodospadu Eas Mor została przekształcona w istny dom z papieru – leśną bibliotekę pełną książek, listów, rysunków, wierszy, zdjęć, epitafiów i wszelkiego rodzaju upamiętnień, a od września wzbogaconą o książkę Ewy Młynarczyk (1982–2022) pt. „Literary Appropriations of Myth and Legend…”. Niedawno trafiłam na rozdział poświęcony owej leśnej bibliotece w albumie „Hidden Libraries: The World’s Most Unusual Book Depositories”, z którego dowiedziałam się, że szkocka wyspa Arran kojarzona była z celtyckim rajem, do którego trafił król Artur. Et in Arcadia Ego…

„Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,
Lecz woła trzeźwy świat nadziei
I wiele mil od snu mnie dzieli,
I wiele mil od snu mnie dzieli”.
R. Frost, „Przystając pod lasem w śnieżny wieczór”, przeł. S. Barańczak

Wracam do Was na chwilkę z życzeniami - na ten świeżo wykluty rok - oceanów zdrowia i niewyczerpanych źródeł uskrzydleń,...
02/01/2024

Wracam do Was na chwilkę z życzeniami - na ten świeżo wykluty rok - oceanów zdrowia i niewyczerpanych źródeł uskrzydleń, tak by na pytanie: "jak leci?" można było odpowiedzieć: "wysoko". Zostawiam tu mój pierzasto-futrzany sztab kryzysowy, dzięki któremu każdy ciężar ducha wydaje się lżejszy o kilka gramów myśli. Niech Was łaskoczą po smutkach wibrysy moich myszarek z leśnego "leasingu", a oczko pokrzewki aksamitnej z warszawskiej Patelni mruga do Was jak iskiereczka z popielnika. Bądźcie zdrowi i pamiętajcie:

"Jedno serce przed rozpaczą uchronić,
A nie będę żyła daremnie –
Jedno serce przed bólem osłonić,
Złagodzić jedno cierpienie –
Gdy słabnący rudzik do gniazda
Odnajdzie drogę przeze mnie –
Nie będę żyła daremnie".

Emily Dickinson, Jedno serce,
tłum. L. Marjańska

Między ciszą a ciszą błyszczą oczy lisom. I słowa skądś płyną, póki nie przeminą. Znów się spotykamy – tym razem u progu...
29/11/2022

Między ciszą a ciszą błyszczą oczy lisom. I słowa skądś płyną, póki nie przeminą. Znów się spotykamy – tym razem u progu (albo u poroża) zimy, choć jedną nogą jeszcze na zapiecku dogasającej jesieni. A ja po raz kolejny mogę poczuć się tego dnia jak uczennica dzieląca się z całą klasą urodzinowymi cukierkami :) Wy zaś, moi mili Goście i Gościnie, śmiało sięgnijcie – może nie ręką po słodycze - lecz wzrokiem w głąb mojej pamięci… fotograficznej. Pola, które przemierzałam w poszukiwaniu licznych bohaterów dzisiejszej galerii, przeobraziły się w pola do popisu, a dziś stają się Waszymi polami widzenia.

Błąkają się tu jeszcze wiosenne wspomnienia – podobne do tego jednego kaczątka-gapy, które zawsze zawieruszy się gdzieś w zaroślach i spóźnione dołącza do reszty. Są i pierwsze mroźne nuty z zimowego preludium (dziękuję, Kasiu!). Przygotujcie się zatem na iście barokową mnogość detali i barw, których przejścia tonalne wnikają w przejścia między porami roku, między pejzażami wewnętrznymi i zewnętrznymi, między mikro- i makroświatami, między mną i Wami.

Chciałoby się wspomnienie tych wydeptanych leśnych, polnych i parkowych ścieżek skrzyżować ze ścieżką dźwiękową. A jakże piękna jest linia melodyczna czasu upływającego w przyrodzie: wiosną - pudrowy trzepot motylich skrzydeł łaskotanych przez kutner, aksamitny szelest płatków kwiatów zroszonych dżdżystym porankiem, szmer niecierpliwie gromadzonego materiału ptasich gniazd i operowe trele ich budowniczych gniazdowników; potem letnia tonacja: brzęczenie skrzących się w słońcu owadów, soczyste wybrzmienia nabrzmiałych owoców, szczekanie lisów i saren niesione echem sennych przedświtów, puchate świsty brykających niedolisków, syki błyskawic wypełzających spomiędzy burzowych chmur na komendę jaskółczych zaklinaczy deszczu, polifonia łąk tętniących taką różnorodnością dźwięków, że zdających się mruczeć jak kot; wreszcie jesienne trącenie najczulszych strun: perkusyjne szelesty liści, grzechotanie wrzosów, szum morza pożółkłych traw, solowe i chóralne popisy migrujących ptasich wokalistów , tubalne, chutliwe ryki gwiazd leśnego rocka i mocnych uderzeń racic; i w końcu symfonia śnieżnego skrzypienia, świdrujących podmuchów, i trzasku oszronionych gałązek, szczebiotliwy gwar przy karmnikach i gromobicie nocnej, zimowej ciszy. A potem znów przypomną się słowa J. Keatsa: „Czuję, jak kwiaty na mnie rosną”.

Jesień okazała się w tym roku wyjątkowo szczodra w cieple i mnogości barw, choć niezmienna w swojej ulotności, jak gdyby była malowana ręką niecierpliwego artysty - z pędzlem w gorącej farbie kąpanym, która zaschnąwszy, odrywa się grubymi płatami od płótna na podobieństwo liści i martwych motyli. Ale taka już jej natura - przepełniona nieobecnością jak mało który czas, nie tylko 1 listopada. Oglądając cyfrowe awersy zdjęć, możecie sobie zatem wyobrazić, że każdy ich rewers to symboliczny „Pejzaż bez Ciebie” kreślony cienistymi słowami Jeremiego Przybory, a miejscami rozjaśniany nadzieją płynącą z gęstego roztworu myśli Michała Pawła Markowskiego: „Kiedy mówię »przyjdź«, kiedy wierzę, że nieobecność przekształci się w obecność, a bezimienność w nazwę, pozwalam płynąć czasowi. Czas bowiem nie płynie poza nami, lecz między nami, między »ja« i »ty«, w szczelnie, która oddziela »ja« od »ty«. Jeśli »przyjdź« otwiera nadzieję i wiarę, to otwiera też bramy czasu. Pragnę, by Inny przyszedł, by był przy mnie, ale muszę też wierzyć, że jego odejście jest konieczne, gdyż czas nie płynie w porządku wiedzy, ale porządku wiary. Gdy wiem, gdy nazywam, gdy Innego traktuję jak drugiego siebie, wstrzymuję jego bieg, gdyż czas nie może płynąć między dwoma punktami tej samej świadomości. Inny musi odejść, żeby czas, sparaliżowany moim spojrzeniem, mógł się odrodzić tam, gdzie mnie nie ma. […] Czas natomiast niesie wciąż ze sobą, w swoim podskórnym nurcie, cień nieobecności. […] W tym ciągłym mijaniu, rozmijaniu się mojego pragnienia i jego obecności, rodzi się wiara, która jest podstawową figurą czasu” (M.P. Markowski, Występek).

Gdy włóczę się w plenerze z moją piątą kończyną, czyli teleobiektywem, czuję się, jakbym przędła kokon z rozsupływanych na wietrze myśli, choć również z tej Norwidowskiej „nici czarnej” – wplatającej się samowolnie, ale przyjmowanej z pokorą. W chwilach zachwytu wypruwam ukradkiem kolorowe włókna z płótna krajobrazu i wszywam je w kokon, z którego wyfruną czasem jakieś skrzydlate słowa. Nie jest on pancerzem chroniącym przed ostrzami codzienności, ale bezpieczną przestrzenią przemyśleń i przemian – jak wagon w Strefie Ciszy, będący częścią pociągu do piękna. Bo „Kształtem miłości piękno jest i tyle / Ile ją człowiek oglądał na świecie”. Może kiedyś pociąg ten dotrze do miejsca, w którym będę mogła:

„Słuchać w pełnym słońcu, jak pulsuje Ziemia
Uspokoić swoje serce i niczego już nie zmieniać”.

Niektórym bohaterom dzisiejszej fotoopowieści należy się kilka dodatkowych słów komentarza. Jak zwykle mam dla Was przygotowaną reprezentację wagi piórkowej na mistrzostwach światła w strzelectwie fotograficznym, czyli takim z palcem na spuście migawki. A ta waga piórkowa jest na wagę złota w świecie fotografów przyrody i przygody. Z pewnością wyłuskacie ze zdjęć trójkę naszych najmniejszych ptaków: mysikrólika, zniczka i strzyżyka.

Na początku XX wieku amerykański lekarz Duncan MacDougall przeprowadził serię eksperymentów na umierających pacjentach, próbując ustalić, ile waży ludzka dusza, a tym samym dowieść jej istnienia. Oszacował, że w chwili śmierci człowiek staje się lżejszy o 21 gramów. To mniej więcej równowartość jednego dorosłego rudzika albo dwóch strzyżyków - lub też... czterech zniczków, czyli maluchów stroszących punkowe czupryny. Mysikróliki i zniczki to nasze najdrobniejsze ptasie klejnoty Ot, ćwierkające ćwiartki ludzkiej duszy. Ilekroć rozczulam się nad maleńkością strzyżyka, przypominają mi się słowa Tomasza Różyckiego: "Zawsze można drobniej pokruszyć serce, prawda?". Prawda. A te okruszki mojego serca to właśnie rodzina mysikrólików z rzędu wróblowych. Mysikrólik potrafi dotrzeć do nas, przemierzając 500 km z prędkością ok. 30 km/h nad Bałtykiem i tracąc przy tym trzy gramy tłuszczu, co stanowi połowę masy jego ciała. Zniczka, jego kuzyna, rozpoznacie po czarnej "opasce" na oku. Ot, mały Zorro z irokezem. Z danych w "Przewodniku Collinsa" wynika, że ważący ok. pięciu gramów zniczek może być o pół centymetra dłuższy (9-10 cm) od swojego kuzyna, więc przyjmijmy, że zajmuje drugie miejsce na podium w krainie Liliputów. Jest tak ruchliwy, że trajektoria jego skoków i przelotów upodabnia go do jesiennego liścia lipy niesionego podmuchem wiatru. Charakterystyczny dźwięk z kolei przydaje mu iście mysich cech. To zapewne nie przypadek, że moje zaprzyjaźnione myszarki upodobały sobie okolice krzewów wizytowanych przez zniczki. Chciałoby się rzec - krzewów gorejących :) Cieszę się z tych małych-wielkich spotkań, których szczęśliwa powtarzalność pozwala mityzować rzeczywistość jak w "Sklepach cynamonowych" i rozpraszać niepokoje w chwilach wymoszczonych wspomnieniami jak ptasie gniazdo psią sierścią. I gdy czasem pomstuję na nadmierną ruchliwość tych skrzydlatych ancymonów, to zaraz uzmysławiam sobie, że one przecież rozplątują supełki moich myśli projektowanych na pejzaż zewnętrzny, a że supełków jest sporo, to nic dziwnego, że są zalatane.

Słodzicie herbatę? Jeśli tak, to dziś możecie ją posłodzić raniuszkiem, który – choć również niewielki – bije resztę na głowę… ogonem. Nie znam ptaka, który łagodziłby obyczaje tak skutecznie i rozczulająco, jak on - cudowronek po repolonizacji, wacik, kokosanka, śnieżynka, wata na patyku, kłak, bałwanek, duszek, aniołek, borsuk w negatywie, lizak, pompon, bazia, puszek, skurczony puchacz śnieżny, rany-Julek... Miałam dużo szczęścia, bo złote liście uwiecznione na jednej z fotografii opadły dwa dni później. Plama niebieskiego nieba rozlała się w tle jak oktaryna na płótnie, a biały pędzelek z dziobem zmalował resztę :) Raniuszki to wyjątkowe ptaki - zawsze radośnie świergolące, zalotnie mrugające żółtymi powiekami i stroszące biało-różowe piórka. W karmieniu młodych raniuszątek często uczestniczy ich starsze rodzeństwo, a bywa, że nawet dorosłe osobniki z innych rodzin, niemające własnych lęgów.

Nie mogło też zabraknąć mojego najukochańszego ptaka – strzyżyka, który dla wielu fotografów jest graczem rezerwowym (jak biedny Ronaldo w Manchesterze) i drugoplanowym umilaczem zasiadek, a dla mnie gwiazdą numer jeden i każdorazowym spełnieniem marzeń. Lubię sobie wyobrażać, że pachnie drzewem sandałowym. To istny Wołodyjowski wśród ptaków (po godzinach prowadzący nielegalny salon fryzjerski ze szczygłem), hobbit wśród trolli, czarodziej wśród mugoli, imbryk wśród naczyń (ktoś porównał jego kształt do czajniczka), szlachetny troglodyta, wiercikuper o niewyparzonym dziobie. Październik obdarował mnie wieloma wyjątkowymi obserwacjami tych ptasich dyrygentów, których ruchliwe ogonki-batuty zaczarowują szeleszczące liście, upodabniając je do parkowych i leśnych perkusji. Niejednokrotnie przekonałam się, że odwaga, siła i niezwykłość zwyczajów są u nich odwrotnie proporcjonalne do niewielkich rozmiarów. Ze strzyżykiem zwykłam się utożsamiać, bo wiem, że ten skryty i niepozorny mieszkaniec ciernistych krzewów (potajemnie zakochany w raniuszku) to waleczne serce napędzane łobuzerskim ogonkiem niczym pozytywka korbką. Gdy ktoś go dostrzeże i pokocha, strzyżyk ujawni mnogość swoich odcieni, dając się poznać w pełnej krasie.

Sarny to stałe uczestniczki naszych międzyekranowych spotkań. Z każdą kolejną obserwacją mój zachwyt nad nimi rośnie jak parostki u koźlątek. Gdy spoglądam w te łagodne, koralikowe oczy, niejako znamionujące ich wysoką wrażliwość, to mam ochotę westchnąć jak Marek Winicjusz na widok Ligii, mówiąc: "Wszystko w tobie jest doskonałością". Wciąż mam w pamięci "moją" gasnącą sarnę, którą próbowałam uratować krótko po tym, gdy opublikowałam wcześniejszy wpis. Znalazłam ją na polu skrajnie wycieńczoną, bez sił, ze zwichniętą łapką - 200 metrów od lisków brykających beztrosko po belach siana; kruki zaczęły już nad nią krążyć. Z pomocą Ekostraży i Wrocławskiego Centrum Zarządzania Kryzysowego udało się jej pomóc. Dostała kroplówkę i szansę, ale zabrakło jej sił, by przeżyć. Wspomnienie otworzyło się jak rana podczas lektury fragmentu pięknej książki Simony Kossak "Serce i pazur. Opowieści o uczuciach zwierząt": "Ostatnim z sarnich głosów, o którym warto wiedzieć, a którego lepiej nigdy nie usłyszeć, jest płacz sarny znajdującej się w śmiertelnym niebezpieczeństwie. To rozdzierający krzyk zwierzęcia, które błaga o litość i pomoc". W tamtej rozpaczliwej scenie zakotwiczył się również moment, który z perspektywy czasu bardzo mnie rozczula. Gdy zabierałam Maleńką z pola, obserwowała mnie sarnia rodzina oddalona o jakieś 200 metrów: koza, koziołek i wyrośnięte koźlątko. Ich zachowanie było nietypowe, bo mimo hałasu nie uciekały, tylko stały i patrzyły, jakby chciały się pożegnać... Być może dla kogoś takie światoodczucie nosi znamiona bambinizmu. Dla mnie to empatia – zjawisko już tak deficytowe, że urastające do miana realizmu magicznego.

I wreszcie… najbardziej rozpoznawalna nuta w jesiennej partyturze – rykowisko, czyli czas najefektowniejszych koncertów plenerowych dla fanów ciężkich brzmień, choć zmuszonych do zachowania iście bibliotecznej ciszy :) We wrześniu każdy fotograf przyrody może poczuć się w swojej społecznościowej "bańce" jak w bajce, bo gdzie nie spojrzy - tam jeleń, a wraz z nim rozczulające tyrady na temat powabu ubłoconych racic, trzcinowisk przepojonych zapachem piżma, dyskretnego uroku szpicaków, misternej budowy poroża… Dla mnie to czas, kiedy szczególnie cieszę się z faktu bycia fotografującą polonistką, bo wreszcie mogę bez wstydu przyznać, że narobiłam mnóstwo byków (na szczęście nie ortograficznych) pod dyktando natury. Rykowisko uczy pokory, wytrwałości i empatii, bo we wrześniu nawet najzagorzalsi foto-samotnicy siłą rzeczy funkcjonują stadnie. Cóż poradzić, skoro większość ustronnych miejscówek w krzakach jest pozajmowana? Sama jestem samotnikiem - lubię wyprowadzać swoje sekretne myśli na spacer, a moje najpiękniejsze spotkania ze zwierzętami zwykle miały charakter intymny i katartyczny (o katharsis chodzi, nie o katar, choć bywa on efektem ubocznym). Nie wyobrażam sobie jednak rykowiska przeżywanego samotnie - bez współdzielenia jego kolejnych odsłon z innymi, bez wzajemnego wsparcia, inspirowania i docenienia, wymiany wrażeń i doświadczeń, bez "didaskaliów" po drugiej stronie obiektywu, bez tych międzyludzkich iskierek, które rozniecają... ogniskową obiektywu. One też nie pozwalają zatracić gdzieś po drodze radości z bycia tu i teraz, tego dziecięcego, nieskażonego żadnymi oczekiwaniami zachwytu nad Księgą Natury, którą można czytać jak bajkę przed snem, a potem… zasypać tym snem codzienne troski, aby nad ranem poczuć, że ziarna niepokoju zakiełkowały nadzieją – i jej z całego serca Wam życzę.
🍀

Po długiej - bo aż półrocznej - przerwie powracam do Was niczym Czerwony Kapturek (zielony właściwie - zważywszy na mój ...
21/07/2022

Po długiej - bo aż półrocznej - przerwie powracam do Was niczym Czerwony Kapturek (zielony właściwie - zważywszy na mój strój maskujący) z koszyczkiem pełnym fotograficznych wypieków, idący w podskokach ku leśnej chatce z uchylonym oknem... przeglądarki, a za mną gęsiego podążają niedoliski, warchlaki, koziołki, susły, nornice, łasice, zające, uszatki, żołny, dzięcioły, podróżniczki i cała plejada mistrzów (od)wagi piórkowej z gNiazdozbiorów, o których nie śniło się androidom mówiącym językami ludzi i aniołów. Skoro już mowa o Kapturku, to wypadałoby wywołać wilka z lasu, żeby bajkowej tradycji stało się zadość - co też uczyniłam, więc zachowajcie czujność, przemierzając tę fotograficzną knieję. Leśmian szepnąłby pewnie pod mysim wąsikiem, że dane mi było wiosennie "nieobecnieć w mżach oddali". Faktycznie, unieobecniłam się tu na całą wiosnę, którą w lwiej części upamiętniam dziś uroczyście tym wpisem. Dziwna to wiosna - rozpostarta między skrajnie odmiennymi pejzażami, tymi wewnętrznymi również, spięta mroźno-upalną klamrą i zamknięta kluczem wiolinowym z pieśni lodu i ognia, bo nasze ostatnie spotkanie upłynęło pod znakiem oszronionych gałązek, marzeń, marznięć i zmrużeń (o których już ani mru-mróz), a dziś przypada na czas, który wyciska z nas siódme poty za siedmioma górami i za siedmioma morzami. Ten wpis też będzie ciepło-zimny, słodko-gorzki - jak twarz człowieka, do którego raz po raz uśmiecha się szczęście, by za chwilę zmienić się w chichot losu i grymas rzeczywistości. Tęskniłam za Wami i Waszą życzliwością, która zawsze znajduje ujście w dobrych słowach, pozostawianych tu przez Was jak piórka na wietrze. Bo nasze spotkania to przeloty: przyloty, odloty, muśnięcia uobecnień. Moje słowa spowite są metaforami jak pola mgłą o świcie. Wpisy towarzyszące zdjęciom, czytane pewnie przez nielicznych, stały się rodzajem zawoalowanego, poetyckiego pamiętnika, bo tylko taka forma okazjonalnych wynurzeń ze strumienia świadomości jest dla mnie dopuszczalna w tym miejscu. Język poetycki pełni chyba rolę czyśćca dla wielu trudnych emocji, które znajdują tu wyraz, a czasem są tak zakamuflowane, że łąkę można pomylić z rozłąką, rudość z radością, los z lasem, a lęki z lęgami. Wielokrotnie cytowałam Wam ukochany passus z wiersza S. Grochowiaka - o tym, że "godziny przy piórze" leczą rany i wstrzymują od ich zadawania. Mogę rzec, iż metafory pozwalają mi pisać o najbardziej bolesnych sprawach w sposób delikatny. Bo przemoc, także ta słowna, nigdy nie jest mocą, wręcz przeciwnie - jest niemocą, która przypomina portret Doriana Graya. Tegoroczne przedwiośnie dobitnie nam to pokazało. To przecież wiosna miała wybuchać feerią barw, a wybuchła wojna... I nie ma w niej kolorów. Wiosna w końcu też przyszła - niby w tej samej szacie roślinnej i z tą samą pierzastą, parzysto- i puszystokopytną reprezentacją braci mniejszych (a czasem większych), co rok temu, ale z rozedrganą niczym krzywa EKG chorego serca linią horyzontu, za którym wciąż dzieje się wiele złego. Gdy za granicą rozpętało się piekło, przełączyłam swoją codzienność na tryb awaryjny, w kontekście którego publikowanie zdjęć dzikiej przyrody wydawało mi się niestosowne, lekceważące, nawet jako forma desperackiego eskapizmu. Z czasem jednak okazało się potrzebne, wręcz konieczne i ocalające, bo wciąż istnieje świat, który należy ocalić od zapomnienia i od zaciemnienia. Do zła nie można przywyknąć, nie można na nie zobojętnieć, wojna nie może spowszednieć - dlatego trzeba nieustannie zaznaczać i pogłębiać kontrast między nią a tym INNYM światem, takim choćby jak ten, który uśmiecha się do Was teraz z okna przeglądarki; takim, który plątaninę żyłek i linii papilarnych na dłoniach Matki upodabnia do topografii krainy Lothlórien widzianej z lotu ptaka; takim, który wprawia psi ogon w radosny ruch; takim, który mięknie pod ugniatającymi łapkami zrelaksowanego kota; takim, o którym pisał Leśmian, i który Wy być może tworzycie ze swoimi dziećmi, czytając im bajki na dobranoc. Może maleńki ptaszek ze swoimi "elektrokardiograficznymi" ruchami ogonka nie zatrzyma czołgu, może puszysta ruda kita, którą otula się śpiący lis, nie osłoni dziecięcego ciała przed kulą, a świergot nie zagłuszy eksplozji, ale te mniejsze i większe cuda natury są bezcennymi drogowskazami, które zawsze wskazywać będą nadzieję - na miłość, dobro, spokój i całą resztę, której z nimi po drodze. I będą przypominać, że "bunt się uskrzydla tak - jak się uczula". Będąc tu, wśród zwierząt, na łonie dzikiej przyrody, gdzie wszystko jest na swoim miejscu - i czujność, i czułość, człowiek nie ma bowiem wątpliwości, o co i przeciw czemu winien walczyć, na co nigdy nie może się zgodzić. Bywa jednak, że wspomnianej nadziei brakuje - gdy odbierają ją kawałek po kawałku potworne tragedie, takie jak narastająca od lutego hekatomba, choroby albo rany zadawane przez osoby, które się kocha. Często wyobrażam sobie życie jako wielkie płótno i zastanawiam się, czy obciążające nasz bagaż doświadczeń nieszczęścia, traumy, rozczarowania, przykrości i lęki są po prostu kolejnymi warstwami zmieszanych farb, nakładanymi raz po raz na pierwotny obraz świata i ludzi, który jest w istocie piękny, tylko zamalowany, ukryty pod tymi grubymi warstwami. A może jest inaczej - może każde bolesne doświadczenie zdziera te nagromadzone przez lata warstwy farb - rozpryski marzeń, literackich omamień i zaschniętych ideałów, które przykrywają smutną prawdę o naturze człowieka i bezcelowości naszego istnienia. Staram się jednak dochować wierności temu pierwszemu wyobrażeniu - przy nieocenionej pomocy moich skrzydlatych i futrzanych druhów. Ilekroć odnajduję kolejną lisią norę, myślę sobie, że te same - najsłodsze na świecie - czarne łapki z pazurkami, które w pocie rudego futra je wykopały, zdrapują też rzeczone warstwy bolesnych doświadczeń z mojego "płótna", sprawiając, że spomiędzy ciemnych jak strupy plam wyłaniają się fragmenty obrazu widzianego zachwyconymi oczami dziewczynki, którą kiedyś byłam. Tak właśnie czuję i wierzę, że dzika przyroda koi, oczyszcza scala i ocala - jakby wilgotnonose sarny albo lisy wylizywały duchowe rany i łzy, a ptaki wyskubywały ciernie z plątaniny niespokojnych myśli i wiły w nich gniazda, w których każde kukułcze j**o losu znajdzie odrobinę ciepła potrzebnego do wykukania lepszego czasu. Nieco paradoksalne wydaje się w tym wszystkim to, że świat pełen drapieżnych - a więc niebezpiecznych - zwierząt może dawać poczucie bezpieczeństwa. Ale nietrudno też zrozumieć ów paradoks. Strach przed drapieżną dzikością serca zwierzęcia wynika z szacunku wobec jego natury, z jej rozumienia i akceptacji. Strach przed człowiekiem jest czymś zupełnie innym. W zwierzęciu nie ma zawiści ani nienawiści. Zwierzę nie rozpętuje wojen, w której giną setki, tysiące, miliony… Zwierzę nie kłamie, nie pomawia, nie poniża, nie złorzeczy, nie wpędza w pułapkę poczucia winy, nie krzywdzi dla zaspokojenia poczucia kontroli nad cudzymi uczuciami, nie bawi się nimi, nie jest interesowne, skore do roszczeń i osądów, nie zadeptuje cudzych radości ani sukcesów, nie czerpie siły z zadanego bólu. I to kolejny paradoks - kiedy brak czegoś staje się duchowym bogactwem. Trudno jednak iść przez życie, omijając ludzi, tym bardziej że przecież są wśród nich tacy (ukryci jak strzyżyki w gęstwinie ciernistych krzewów), którzy swoją wrażliwością, dojrzałością, empatią i bezinteresowną życzliwością dają nadzieję na to, że - jak pisał Stachura - "z bliźnim się możesz zabliźnić". Potrzeba odwagi, by tę nadzieję do serca przyjąć. Gdy krzyżuję spojrzenia z napotkanymi o świcie lisami, których ciekawość jest zawsze silniejsza od strachu, gdy uśmiecham się na widok uniesionych sarnich pyszczków, próbujących wyniuchać mój zapach przed teatralnym odskokiem; gdy patrzę na niezdarne ruchy podlotów i ich zachłannie, ufnie rozwarte dzioby pełne słodko skrzypiących dźwięków - ogarnia mnie fala tkliwości, która wypełnia wszystkie wewnętrzne pęknięcia, kratery, wybrakowania, pustostany, a która wypłukuje niektóre litery ze słów i zabarwienia emocjonalne ich desygnatów, zmieniając - chociaż na chwilę – roz-czarowania w o-czarowania. Z tą tkliwością płyną słowa tekstu, który (tu w pełnej wersji, w moim roboczym tłumaczeniu) wrócił do mnie po latach. Zakotwiczył się w mojej pamięci wraz z "Posłaniem do nadwrażliwych" prof. Kazimierza Dąbrowskiego, kiedy jeszcze moja skorupka nasiąkała za młodu mnogością wrażeń i wartości. Wtedy rozumiałam go na swój sposób, choć apriorycznie, dziś odczuwam głębiej przez pryzmat doświadczeń, a także w kontekście trwającej od lutego tragedii i ukształtowanych pod jej wpływem postaw. Pod tym względem tekst "Mimo wszystko" (w oryginale zatytułowany "Anyway: The Paradoxical Commandments") daje nadzieję, że droga, którą się wybrało - trudniejsza, momentami wyboista albo monotonna - jest właściwa. Pod względem bardziej osobistym też znajduję w nim otuchę, na której straży stoją wszystkie "moje" dzikie zwierzęta - trochę przypominające gości na przyjęciach pani Dalloway, które ta wydawała, "by zagłuszyć ciszę". Tę zewnętrzną, bo z wewnętrzną jest inaczej, a pięknie opisała ją Ana Maria Matute w jednej z moich ukochanych książek - "Bezludnym raju": "Niewielki wzrost w połączeniu ze skłonnością do milczenia - cisza była i jest do dziś jednym z moich najukochańszych przyjaciół - zmieniały mnie w coś jakby gąbeczkę absorbującą wszystko, co usłyszała, a czasem nawet zobaczyła":

Kent M. Keith
MIMO WSZYSTKO

Ludzie postępują bezmyślnie, nierozsądnie i samolubnie.
Kochaj ich – mimo wszystko.

Gdy czynisz dobro, posądzają cię o egoizm i nieczyste intencje.
Czyń dobro – mimo wszystko.

Gdy odnosisz sukcesy, zyskujesz fałszywych przyjaciół i prawdziwych wrogów.
Odnoś sukcesy – mimo wszystko.

Serce, które okazujesz dziś, jutro zostanie zapomniane.
Okazuj serce – mimo wszystko.

Uczciwość i szczerość czynią cię podatnym na zranienie.
Bądź uczciwy i szczery – mimo wszystko.

Wielkie idee bywają tłamszone przez wąskie horyzonty.
Bądź ambitny – mimo wszystko.

Ludzie sprzyjają słabszym, ale podążają za zwycięzcami.
Walcz w imię słabszych – mimo wszystko.
To, co budowałeś latami, może runąć w ciągu nocy.
Buduj – mimo wszystko.

Ludzie naprawdę potrzebują twojej pomocy, ale mogą odpowiedzieć na nią atakiem.
Pomagaj im – mimo wszystko.

Gdy dajesz z siebie to, co najlepsze, możesz otrzymać cios prosto w serce.
Dawaj z siebie to, co najlepsze – mimo wszystko.

Owa gąbeczka absorbująca wszystko, co widziała i słyszała, okazała się tym razem wyjątkowo chłonna, zważywszy na mnogość bohaterów dzisiejszej galerii. To zaledwie wyimek z tego, co przez ostatnie miesiące zachomikowałam, przenosząc obrazy z kart Księgi Natury na karty pamięci. Wybór 80 zdjęć z kilku tysięcy to wyzwanie na miarę "W 80 dni dookoła świata". Jeżeli ktoś chciałby zobaczyć więcej, zapraszam na mój prywatny profil. Z każdym zwierzęciem wiąże się osobna historia, którą z dziką (nomen omen) radością bym Wam opowiedziała. Jednak to, co miało być lakonicznym wstępem, rozrosło się w tym wpisie do rozmiarów słonia połkniętego przez boa z "Małego Księcia", toteż muszę się streszczać niczym turystka słów z wiersza Ewy Lipskiej, bo "przed nami droga. Szeptem w dół. / Coraz krótszy oddech znaczeń". Wiele drogocennych ujęć z dzisiejszej galerii to owoc moich kilku wizyt w Szkole Fotografii Przyrodniczej OBLICZA NATURY. W tym miejscu uśmiecham się całej Darkowej Ekipy, do Dorotki i pozostałych Współtowarzyszek niezapomnianych fotołowów: Kasieńki, Kasi i Marzenki :) Mrugnijcie, Dziewczyny, jeżeli dotrwałyście do tego akapitu. Dziękuję za dobre chwile.

Minione półrocze nieoczekiwanie obdarowało mnie kilkoma spełnionymi fotomarzeniami: pisklętami samodzielnie wytropionych uszatek, koziołkiem w rzepaku, świetlistymi konturami sarnich sylwetek skąpanych w promieniach zachodzącego słońca, żołnami, podróżniczkami, warchlaczkami tak małymi, że wydającymi dźwięki przypominające jeszcze nie chrumknięcia, a ptasi świergot... Najwspanialszym darem losu (albo darem lasu) okazały się jednak lisy i… wilk. Nie sądziłam, że marzenie o niedolisku - i do tego zwielokrotnione - spełni się tak szybko. Stało się to krótko po bolesnym doświadczeniu tego, co opisuje przedostatni wers cytowanego wcześniej tekstu "Mimo wszystko". Od tamtego momentu lisy - niemal dosłownie - zaczęły mi spadać z nieba. I spadają do dziś, otulając mnie opiekuńczo swoją bezszelestną obecnością. Żadne zwierzę nie budzi we mnie tak silnych emocji, jak lis. Kochałam je apriorycznie od dawna, choć wcześniej było to uczucie na odległość, karmione zapisami cudzych doświadczeń i własnymi wyobrażeniami. Odkąd otoczyło mnie – na wyciągnięcie ręki - stado dziewięciorga niedolisków, odkąd usłyszałam oddech umęczonej macierzyństwem, zniewalająco pięknej liszki, z którą spotkałam się nos w nos, odkąd położyłam się na trawie parę metrów obok śpiącego, zwiniętego w kłębek liska – zlisiałam bez reszty i nawet na widok rudych gąsienic (zwanych potocznie – nomen omen – liszkami) zastanawiam się, czy przepoczwarzą się one w lisy zamiast w motyle. Mam takie magiczne miejsce na peryferiach Wrocławia, które od pewnego czasu regularnie odwiedzam o świcie – i za każdym razem spotykam tam co najmniej jednego lisa. A one są jak duchy z ogonami przypominającymi warkocze kometarne. Wystarczy odwrócić głowę na ułamek sekundy, a na ścieżce materializuje się – znikąd – lis. I patrzy. Przenika. Aż znika. Ciekawość zawsze jest u niego o krok przed strachem. Czasem ta chwila lisiej ciekawości wydłuża się – ku uciesze fotografa. Lis złącza „osmolone” łapy, mruży oczy, sonduje otoczenie uszami, przechyla głowę – i zakrada się w głąb patrzącego. Jeśli trafi na pokrewną duszę, to przebudowuje serce swojego obserwatora, które z czasem nie składa się już tylko z komór i przedsionków, ale również z lisich nor. Ktoś kiedyś zażartował, że lis to kocie oprogramowanie na psim twardym dysku z delfinią kartą dźwiękową. Sporo w tym prawdy – lis, po hiszpańsku zorro, jest stworzeniem granicznym, dychotomicznym (a może polifonicznym?), trochę jak marzący, który – wedle słów prof. Marii Janion – „jest tam, gdzie go nie ma, a nie ma go tu, gdzie jest”. Łączy w sobie cechy i stany, które mnie zachwycają: „czułoczujność” (kto choć raz widział liszkę opiekującą się młodymi, ten wie, jak czuły potrafi być czujny lis), odwagę, spryt, tkliwe łobuzerstwo, a zarazem dystynkcję i bursztynowooką refleksyjność, a to wszystko zaklęte w zindywidualizowanej, puszystej formie. Nie ma dwóch lisów o takim samym spojrzeniu albo wyrazie pyszczka. Niektóre są wiecznie zdziwione, inne mają nieodłączony szelmowski uśmiech, a jeszcze inne stale mrużą oczy, jakby gdzieś Was widziały, ale nie mogły sobie przypomnieć gdzie. Możecie się o tym przekonać, buszując wzrokiem w dzisiejszej galerii. Lis mają na tych swoich cudnych mordkach wymalowaną całą paletę emocji, a czego nie zdołają nimi wyrazić, to zawsze dopowiedzą ruchliwymi uszami. Co ciekawe, Anglicy mają szczególne określenie na „mgłę, która sunie wśród drzew na skarpie w Downs podczas niespokojnej pogody" – nazywają ją lisimi naparami (ang. foxes brewings) :) Czyż to nie piękne? Takie napary aż chciałoby się spijać duszkiem… leśnym. Ja spijam je z wdzięcznością za każdą chwilę, w której lisy wpuszczają mnie odrobinę do swojego świata. Spotykamy się tam z poszanowaniem granicy wyznaczanej przez dzikość naszych serc - mojego i lisiego. Czasem im śpiewam, parafrazując pod nosem fragment ulubionej piosenki Patti Smith:

“When suddenly Johnny gets the feeling he's being surrounded by
FOXES, FOXES, FOXES, FOXES
coming in in all directions
white shining silver studs with their nose in flames,
He saw FOXES, FOXES, FOXES, FOXES...”

Lubię też patrzeć na wyleżane kępki traw w okolicach lisich norek – ślady snów (niedo)lisków, które wcześniej udało mi się tam wytropić. Rozczula mnie ten widok. Przypomina mi pierwsze spotkanie z lisem – sprzed roku. Obudził się i przez długi czas przenikał mnie na wskroś zaspanym spojrzeniem. Z perspektywy czasu mogę przyznać, że o ile lis się wtedy obudził, o tyle ja zapadłam w najpiękniejszy sen na jawie, sen świtu wiosennego, sen o szczęściu, który uśpił moją czujność, a rozbudził czułość - sen, z którego brutalnie wyrwała mnie potem rzeczywistość. Czasem wracam samotnie w tamto miejsce i wypełniam ślady po śnie LIS-tami pisanymi w myślach:

„potem w piecu je chowam
płomień skacze po słowach
nim spokojnie w popiele nie uśnie”.

Ale los obdarował mnie spotkaniem z jeszcze jednym wyjątkowym i wymarzonym zwierzęciem. Co ciekawe, poprzedziło je to samo zjawisko, które ujrzałam na niebie dzień przed odkryciem niedolisków – podwójna tęcza, najpiękniejsza ligatura w Księdze Natury. Zaczynam chyba rozszyfrowywać jej znaki. Obie podwójne tęcze otuliły mnie otuchą po splocie bardzo stresujących i bolesnych chwil. Ich końce wybrzmiały barwami słów piosenki: „One for joy! / And one for sorrow / One for the hand that takes mine tomorrow”. Podobno trzeba mieć ogromne szczęście, by spotkać wilka. Mnie było dane wymienić z nim spojrzenia w środku deszczowego dnia - na skraju lasu. Wilczych oczu nie sposób zapomnieć – do tej pory czuję się, jakby rzucono na mnie zaklęcie, i uśmiecham się jak Dracula, kiedy w filmie nazwał wilki „dziećmi nocy”. W dzień wilk widzi słabo i monochromatycznie, ale ja mogłam ujrzeć go w pełnej krasie nasyconej całą paletą moich emocji, choć nie było w nich strachu, tylko respekt wymieszany z fascynacją oraz iście wilczym głodem… wrażeń.

Lato trwa. Piękny to czas dla fotografów przyrody, ale nie dla każdego niespokojnego ducha łaskawy. Trudno wyprowadzić myśli na spacer podczas krótkich nocy. Część z nich bezpańsko błąka się o świcie i ulatuje niczym Ikar ku słońcu, by po chwili opaść na ziemię w kanikularnym niewysłowieniu. Dla wichrowych jesieniar, takich jak ja, lato bywa udręką. Mam wrażenie, że wszystkie emocje pozostają wtedy w stanie zawieszenia – jak pust(uł)ka nad polem. Dopiero pierwszy powiew jesieni – roztaczający upojny zapach dogasającego lata – sprawia, że emocje zaczynają nabierać prawdziwych barw i opadać wraz z liśćmi, pod którymi leśne stworzenia zwiną się w kłębuszki i zapadną w sen zimowy – o kolejnej wiośnie. O lepszym czasie, którego Wam i sobie z całego serca (i wykopanej w nim lisiej nory) życzę.

Adres

Wroclaw

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Małgorzata Skibińska Fotografia umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Małgorzata Skibińska Fotografia:

Udostępnij

Kategoria