21/09/2026
Z Mariką i Maćkiem spotkałam się pierwszy raz chyba w lipcu, na ich sesji narzeczeńskiej. To była ich pierwsza taka sesja, więc po wszystkim Marika napisała mi, że nie do końca wiedzieli jeszcze, jak się przed aparatem odnaleźć i nie wszystkie zdjęcia były tym, czego się spodziewali. I wiecie co? To jest totalnie okej.
Sesja narzeczeńska wcale nie musi być od razu idealna. I właśnie w tym tkwi jej największy sens.
To taki mały sprawdzian przed ślubem. Możecie zobaczyć, jak czujecie się przed aparatem, co podoba Wam się na zdjęciach, jakie gesty są „Wasze”, a jakie pozy zupełnie nie. Ja z kolei mogę Was lepiej poznać i zobaczyć, jak najłatwiej wydobyć z Was naturalność.
U Mariki i Maćka ta sesja naprawdę zrobiła robotę. Po niej już wiedzieliśmy, czego chcą, a czego zdecydowanie nie chcą. Dzięki temu w dniu ślubu nie musieliśmy zastanawiać się, jak pozować ani robić kolejnych „ładnych” ujęć na siłę. Było dużo więcej luzu, spontanicznych emocji i zwykłego bycia razem.
Najbardziej uświadomiłam to sobie chyba właśnie wtedy, kiedy zobaczyłam ich w dniu ślubu. Na sesji pamiętam ich trochę ostrożnych i dopiero oswajających się z aparatem. A później, już wśród swoich ludzi, byli zupełnie inni. Swobodni, roześmiani, blisko siebie.
Dlatego nie traktuję sesji narzeczeńskiej jako kolejnej rzeczy do odhaczenia przed ślubem. To po prostu okazja, żebyśmy wszyscy trochę lepiej się poznali i żebyście sami przekonali się, czego właściwie chcecie od swoich zdjęć. 🤎