02/06/2026
Wspominałem wcześniej o symbiozie Islandczyków z naturą. Żeby nie być gołosłownym, postaram się pokazać, co to oznacza.
Żeby względnie bezproblemowo poruszać się po kapryśnym terenie wyspy, wypożyczyliśmy SUV-a z napędem na 4 koła. Był to dobry wybór, pozwalający nam delikatnie zboczyć z głównej pętli islandzkiej. Jadąc tak bez planu, dotarliśmy w kilka fantastycznych miejsc oraz do rozległego rozlewiska.
Nie wyglądało groźnie, więc wahaliśmy się, czy przez nie nie przejechać. Wszak pokonywaliśmy już płytkie rzeczki i strumyki. I kiedy tak rozmyślaliśmy, czy by może zmienić Dacii w amfibię po raz kolejny, za naszymi plecami pojawił się inny samochód.
Zdjęcia tego nie oddają, ale był przynajmniej ze dwa razy wyższy od naszego. Na proporcjonalnie większych kołach. Był on konstrukcyjnie najbliższy monster truckowi ze wszystkich pojazdów, jakie widziałem. Minął nas, wjechał w rozlewisko i pokonał je, choć nie bez problemów. A woda sięgała mu mniej więcej do połowy kół, czyli tam, gdzie my mieliśmy szyby.
Tak oto nieznany z imienia właściciel islandzkiego monster trucka uratował nas przed zmianą brandu samochodu Dacia z Duster na Submariner.
Gdyby tego typu rozlewiska występowały w innych krajach, zapewne powstałyby mosty, rowy przeprowadzające wodę w kontrolowany sposób czy też inne pomysły, jak ułatwić ludziom dotarcie z punktu A do punktu B. Na Islandii nie walczą z naturą. Produkują po prostu większe koła.