22/10/2026
Łyso Wam?
Czy wiecie, że premier Węgier właśnie z zatrzasnął Ukrainie przed nosem kolejne drzwi do Unii Europejskiej? Kiedy unijni eksperci chcieli gładko
I po cichu otworzyć ostatnie klastry negocjacyjne – dotyczące rolnictwa, środowiska czy transportu – Budapeszt powiedział twarde „nie”. Bez płaczu
i histerii, za to z chłodną kalkulacją. Zostawili 26 stolic z ręką w unijnym nocniku, wysyłając jasny sygnał: wpuszczenie państwa w stanie wojny,
z gigantyczną korupcją i rolnictwem, które zdemoluje nasze rynki, po prostu się nam nie opłaca. Proces ma być oparty na meritum, a nie na emocjach.
A co na to Polska? Polska, rządzona przez naszych uśmiechniętych państwowców, z dumą pręży pierś do orderów, których i tak nikt nam nie przypnie. Milczymy, gdy inni załatwiają swoje narodowe interesy. Nasz premier woli odmieniać przez wszystkie przypadki brukselskie formułki o „bezwarunkowym wsparciu”, podczas gdy polski rolnik i transportowiec dostają finansowym obuchem w głowę.
Zróbmy małe porównanie obu panów, bo to podręcznikowe zderzenie wytrawnego, politycznego szachisty z gołębiem grającym w warcaby na brukselskim skwerku.
Czy widzieliście kiedyś, żeby premier Węgier biegał po zaprzyjaźnionych mediach, wyzywając swoich politycznych przeciwników od „zakutych łbów”? Nie musi. Kiedy masz realną strategię i bronisz interesów własnego państwa pod potężną presją mocarstw, nie musisz maskować braku kompetencji knajpianym słownictwem. Nie musisz manipulować społeczeństwem i szczuć jednych na drugich, żeby utrzymać poparcie. Tymczasem nad Wisłą cała strategia polityczna opiera się na tym, kto kogo głośniej wyzwie, kto kogo mocniej upokorzy w wieczornym paśmie i kto wymyśli chwytliwszy epitet dla oponenta.
Jak wygląda kwestia odpowiedzialności i kompetencji? Gdy na Węgrzech ktoś się nie sprawdza, system weryfikuje jego przydatność. A u nas? To jest ten moment na czarny humor, bo jeśli u nas minister odpowiedzialny za finanse państwa okazuje się chodzącą katastrofą, to czy ponosi dymisję w niesławie? Skądże! W ramach wybitnej polskiej myśli zarządczej dostaje awans na wicepremiera. Ewentualnie miękkie lądowanie w innej radzie nadzorczej, żeby tylko koalicyjne kółko wzajemnej adoracji się nie rozpadło. To trochę tak, jakby mianować piromana na szefa straży pożarnej w nagrodę za to, że spalił tylko pół lasu, a przecież mógł spalić cały.
Tępa propaganda ma się u nas doskonale. Przejęto publiczne media w wielkim, rzekomo wolnościowym zrywie tylko po to, by wlać do nich dokładnie to samo paliwo, którym truli nas poprzednicy. Zmieniły się twarze prezenterów i paski na ekranie, ale pudrowanie trupa trwa w najlepsze, a my z własnych, coraz bardziej pustych kieszeni za ten marny teatrzyk płacimy. Tymczasem ochrona zdrowia wydaje z siebie przedśmiertne rzężenie w kącie, tonąc w chaosie, a nasze sądy – po tych wszystkich wielkich obietnicach reform – mają ze sprawiedliwością tyle wspólnego, co najstarszy zawód świata ze skromnością.
Drogi Premierze, wspaniale, że na brukselskich korytarzach klepią Pana po plecach. Problem w tym, że od tego klepania polski portfel nie rośnie – wręcz przeciwnie, chudnie w zastraszającym tempie. Jesteśmy dojeni na rolnictwie, tracimy wypracowany latami rynek transportowy i stajemy się darmowym bankomatem oraz tarczą na cudze wojny. Skoro Węgrzy potrafią powiedzieć twarde „stop” w imię interesu swoich obywateli i chronić ich przed kosztami, to my też mamy prawo i obowiązek wymagać tego od naszych władz.
Polska powinna być dla polskiego premiera absolutnie najważniejsza. Szkoda tylko, że wciąż pozostaje narzędziem do robienia dobrego wrażenia na europejskich salonach.
Czar6wnica