27/02/2026
Lubię, kiedy w sesji nic nie rozprasza. Cisza, prosta przestrzeń i minimum formy. Bez dekoracji, bez nadmiaru, bez historii dopowiedzianych rekwizytem. Zostaje ciało, oddech, spojrzenie.
Ta sesja jest właśnie taka, oszczędna w środkach, ale pełna obecności. Dorota stanęła przede mną z tą swoją spokojną siłą. Bez potrzeby udowadniania czegokolwiek. Z miękkością, która nie jest krucha. Z kobiecością, która nie potrzebuje oprawy, żeby być widoczna. Fotografowanie jej było bardziej spotkaniem niż pracą.
Takim, w którym coś się wydarza pomiędzy kadrami. W ciszy, zaufaniu i uważności na siebie nawzajem.
Dotknęłam Doroty nie tylko światłem i kadrem. Dotknęłam jej obecności, prawdy, wrażliwości. I mam poczucie, że ona pozwoliła się zobaczyć naprawdę.
Znamy się od lat, ale mam wrażenie, że dopiero teraz wydarza się coś nowego. Coś bardzo delikatnego. Jak pierwszy pęd pod ziemią, którego jeszcze prawie nie widać. Przyjaźń, która się nie wydarza nagle, nie potrzebuje deklaracji i po prostu zaczyna cicho rosnąć. Jest w tym wszystkim wiele warstw. Dorota jest dla mnie nauczycielką jogi i przewodniczką w uważności. Kimś, przy kim uczę się wracać do ciała i do siebie. Ale jest też kobietą, przy której po prostu dobrze być.
Te zdjęcia są dla mnie o sile ukrytej w prostocie, o kobiecości, która nie krzyczy i spotkaniu dwóch kobiet, które na chwilę zatrzymały się w tym samym miejscu i pozwoliły sobie być prawdziwe.
Czasem naprawdę nie potrzeba nic więcej.
Dorota Janowska, prawda?