16/08/2026
CHATA WĘDROWCA No.13
💙
„Kto trafia do Chaty, zostaje na dłużej” — przeczytałam na stronie Chaty Wędrowca.
Ja trafiłam do niej po raz pierwszy. Ale na pewno nieprzypadkowo.
Kiedy jechałam w Bieszczady, wiedziałam, że jednym z miejsc, które chcę odwiedzić, będzie właśnie Chata Wędrowca. Tak samo jak wiedziałam, że chcę wejść na połoniny, poczuć wiatr w wysokich trawach i iść szlakiem przez ich miękkie grzbiety.
Tak naprawdę Bieszczad właściwie nie znałam.
Byłam tu wcześniej tylko raz — dokładnie czterdzieści lat temu, jako nastolatka, na obozie. Z tamtego czasu nie pamiętam gór ani szlaków. Została mi jedna scena: grabienie łąki.
Pamiętam słońce. Beztroskę. Świetną grupę, którą wtedy tworzyliśmy. I to zaskakująco przyjemne uczucie towarzyszące zwyczajnej pracy wśród traw. Nie wiem, dlaczego właśnie ten obraz przetrwał we mnie przez czterdzieści lat. Ale przetrwał.
Kiedy więc wróciłam w Bieszczady tego sierpnia, chciałam nie tylko zobaczyć góry. Chciałam ich doświadczyć. Poczuć wiatr na połoninach, zanurzyć się w trawach, iść przed siebie. I oczywiście spróbować kultowego naleśnika w Chacie Wędrowca.
Do Chaty weszłam dokładnie o czternastej, chwilę po jej otwarciu. Byłam pierwszym gościem tego dnia.
Weszłam — i oniemiałam...
Było pusto. Cicho. I pięknie.
Od razu wiedziałam, że to unikalny moment, który potrwa zaledwie chwilę. Zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcia. Pozwolono mi — z wielkim uśmiechem.
Zdążyłam.
Chwilę później zaczęli pojawiać się kolejni ludzie. Jeszcze moment i Chata wypełniła się po brzegi. Gośćmi, rozmowami, zapachami i życiem.
Przyszli na naleśniki. Ale myślę, że nie tylko.
Bo do Chaty Wędrowca przychodzi się nie tylko po to, żeby nasycić żołądek. Przychodzi się również po atmosferę miejsca stworzonego z sercem. Po chwilę, którą chce się zatrzymać. Po coś, co trudno nazwać, ale co zostaje w człowieku na dłużej.
Zresztą — sami zobaczcie.
Chata Wędrowca No.13 💙