17/07/2023
Podejrzliwie obserwowałam, jak pakunek z naszym jedzeniem znika w otchłani starej Niewiadówki, po czym, upewniwszy się w lusterku, że Niewiadówka jedzie razem z nami, umościłam się wygodnie na miękkim siedzeniu Wartbura i uśmiechnęłam zbójecko od ucha do ucha.
Kierowca łypnął na mnie podejrzliwie zza okularów.
- Samico, dokąd ty właściwie chcesz jechać?
- Ponidzie! – wrzasnęłam i aż podskoczyłam z radości.
- Poni… gdzie?!?!?
- Ponidzie, Ponidzie!!! – skandowałam radośnie jak dziecko.
- Mów do mnie po polsku. Poni… GDZIE?!?!?!? Kaj ty chcesz jechać, Babo?!?!? – Samiec wyraźnie się irytował.
- Noo… Koziołek Matołek!!! Pacanów!!! – tłumaczyłam jak mogłam, machając rękami i mapą. – Nooo, w każdym razie w tamtym kierunku!!!!
- Aha. – Mina Samca poinformowała, że zrozumiał kierunek i teraz jego mózg przelicza azymut i wyznacza trasę, uwzględniając konieczność objechania dróg remontowanych, na których w korkach moglibyśmy stracić nawet godzinę czasu. Pojedziemy więc bocznymi drogami. Stracimy na tym dwie godziny, ale – jakże malownicze to będą godziny!!!
Jedziemy zatem. Wyjechaliśmy już dawno ze Śląska, objechaliśmy remontowane drogi i szosa nawijała się płynnie pod koła. Słońce zdążyło już zajść i na niebo wypełzł księżyc. Był wielki, tłusty i różowy. Jak truskawka. I postanowił jechać z nami. Jakby chciał nas poprowadzić. Nie używamy GPS. Jeździmy według mapy. Ale wzorem starożytnych wędrowców właściwie możemy i według księżyca. Bo czemu by nie?
- Samico, czy przepatrzyłaś mapę? Znalazłaś jakąś fajną miejscówkę dla naszej przyczepy?
- Yyyyy… - Przeciągłe „yyyyy” zawierało w sobie rozpaczliwą skargę na brak czasu, na to że gdzieś zaginęła stara samicowa mapa z 2011 roku i znaleźć jej nie sposób… I zapewnienie, że Samica chciała nawet podpytać znajomych podróżników z Ponidzia, gdzie by tu stanąć z przyczepą, żeby było pięknie i dziko, ale na dobrych chęciach się skończyło… W tym przeciągłym „yyyyy” zawierała się też nadzieja na to, że „i tak będzie zajebiście” i intuicja we właściwym momencie zaprowadzi jak zwykle w najlepsze z możliwych miejsc, o ile tylko będziemy wiedzieli bardzo dokładnie, czego chcemy. Ale czy my to wiemy? Przemilczałam więc te rozważania i pozostałam na przeciągłym, żałosnym „yyyyy”.
Pochyliliśmy się nad samcową mapą, którą przezornie kupiłam Samcowi na urodziny rok przed zaginięciem mojej.
- Tutaj jest rzeczka, tutaj jeziorko, a tutaj jest zielono, to lasek będzie i krzaki. A tutaj nie, bo szaro, to pewnie jakaś betonoza. A może tutaj, bo tutaj się droga kończy nad rzeczką, to może być dziko i pięknie i zacnie… Jednogłośnie stanęło na drodze, co to się kończy nad rzeczką. Opodal krzaczka zapewne. Powinno być dziko. Let’s go!
Zjechaliśmy z głównej drogi. Księżyc zjechał razem z nami i natychmiast wysunął się na prowadzenie. Niewiadówka radośnie podskakiwała na coraz to bardziej dziurawych drogach. Cywilizacja powoli zostawała za nami, gdzieś tam, nieistotnie daleko…. Najpierw jechaliśmy przez wsie, potem coraz mniej było wsi a coraz więcej lasu. Palec na mapie. Gdzie skręcić na tym skrzyżowaniu? Księżyc wędruje prosto. To my też. Na skrzyżowaniu prosto, za księżycem.
- Tędy, tędy – zdawał się mówić złoty cielec na niebie – podążajcie za mną. Ja wiem lepiej. Ja jestem tutejszy.
Z rachitycznego głośnika sączyła się jakaś randomowa muzyka z samcowej playlisty. Ludzkie osady skończyły się już jakiś czas temu i wiedzeni światłem księżyca jechaliśmy przez coś, co wydawało się lasem. Wkrótce las się przerzedził i na drodze stanął malowniczy mostek, obrośnięty dziką roślinnością, a tuż obok – niczym z obrazka – oświetlona księżycem malownicza polanka nad rzeczką. Opodal krzaczka – ma się rozumieć.
Według mapy: koniec drogi.
Według nas: Koniec Świata.
Mostek, polanka, szemrzący nurt Nidy, totalne odludzie i ten niesamowity księżyc w pełni, bliski jak rzadko kiedy. Silnik Wartburga zgasł. Zastygliśmy w niemym zachwycie.
I właśnie wtedy rachityczny głośnik, jakby tylko czekając na ten moment, wydobył z siebie mocny, operowy głos Tarji Turunen z Nightwish, śpiewającej przy dźwiękach mocnego uderzenia: „And do I dream again? / For no I find” („I czy ja znowu śnię? / Właśnie znalazłam” – z utworu „The phantom of the opera”), co brzmiało w tej scenerii nieziemsko i dopełniało klimatu tak bajkowo i fantastycznie, że gdyby ktoś chciał to wyreżyserować i zaplanować, to nie wymyśliłby tego lepiej, a jednocześnie oddawało dokładnie to, co czuliśmy! Zastygliśmy oniemieni chwilą, zachwyceni spektaklem, jaki zupełnie spontanicznie realizował się na naszych oczach i uszach. I trwaliśmy tak jakieś trzy wcielenia. Tak, dla takich chwil zdecydowanie warto żyć!
Miejscówka, tak jak sobie życzyliśmy, okazała się zacna, piękna i dzika. Hotel bardzowielogwiazdkowy oferował uroczą polanę, wygodne miejsce pod Niewiadówkę, rwący nurt Nidy do kąpieli, a przy staranniejszym przepatrzeniu również spory zapas wysuszonego drewna do ogniska oraz nieograniczoną ilość patyczków dla psa, które to patyczki stanowiły zabawkę tysiąckroć lepszą od najlepszej zabawki ze sklepu. Matka Natura obdarzyła nas także nocnym koncertem na tysiąc słowików i dziewięćset świerszczy, co było tak piękne i naturalne, że samo w sobie było warte przejechania tylu kilometrów!
Oboje bardzo mocno wierzymy, że o ile czegoś bardzo chcemy i bardzo wiemy czego chcemy, to intuicja i dobre wiatry zaprowadzą nas tam, gdzie chcemy dotrzeć. A Wszechświat da nam dokładnie to, czego sobie życzymy, albo coś jeszcze piękniejszego. I tym razem tak właśnie się stało.
Mieliśmy zostać na jedną noc.
Zostaliśmy prawie na tydzień.
Ahoj przygodo!
* Na zdjęciu: kadr z trasy na Ponidzie.
**Dla pełnego oddania klimatu wrzucam w komentarzach towarzyszący nam w tej pięknej chwili patetyczny „The phantom of the opera” Nightwisha. :)