24/05/2026
Moja przygoda ze Szcześniakiem zaczęła się w 2016 roku. Siedziałam wtedy na łóżku z ówczesnym przyjacielem, w zupełnej ciszy. Nagle spytał:
-"Ej, chcesz posłuchać fajnej piosenki? Niedawno ją odkryłem. Ciekawy artysta, może Ci przypadnie do gustu.”
I wtedy z głośników wybrzmiało" 6 zer” Taco Hemingwaya.
Wychowałam się w dużej mierze na polskim rapie, ale to był zupełnie inny wymiar. Ja - miłośniczka słowa - zakochałam się w jego nietypowym, a jednocześnie banalnie prawdziwym sposobie opowiadania o świecie, ludziach i życiu.
Potem zaczęło się moje dorosłe życie i pojawił się kolejny numer, który wybrzmiał nie tylko w słuchawkach, ale i gdzieś głęboko we mnie - "Wszystko jedno”. Nie zliczę, ile łez wylałam przy tym utworze. Oczy zaszklone, serce bijące szybciej i słowa, które zostawały w głowie na długo:
" Ona jak sarna piszczy, a on tę sarnę zniszczy.”
Później przyszły pierwsze juwenalia - 2017 rok.
Mój Filip na szczecińskich juwenaliach. Pierwszy i ostatni raz.
I tak lata mijały, a ja odkrywałam go coraz mocniej, coraz bardziej.
Powtórzę się, ale od 2016 roku niezmiennie ma swoje miejsce w moim sercu.
Dziś już nie podziwiam go w małych, dusznych i zatłoczonych klubach, a na największym stadionie w Polsce. I jest w tym coś pięknego - obserwować, jak artysta, którego pokochało się kiedyś za kilka prostych wersów i prawdę ukrytą między słowami, z czasem staje się głosem całego pokolenia.
A ja nadal słucham go dokładnie tak samo jak wtedy.
Z tym samym błyskiem w oku, ściskiem w sercu i poczuciem, że niektóre rzeczy, mimo upływu lat, po prostu zostają z człowiekiem na zawsze.
📷
🎤