30/08/2026
Magia Suwalszczyzny
Noc była cicha. Tak cicha, że sen zdawał się płynąć gdzieś poza czasem. Za oknem panowała ciemność, a świat zastygł w bezruchu.
I wtedy usłyszałem stukanie.Delikatne, niemal nieśmiałe.Pomyślałem, że to może krople deszczu uderzają o parapet. A może jakiś nocny ptak, który przysiadł na chwilę przy oknie. Nie miałem najmniejszej ochoty sprawdzać. Sen był zbyt przyjemny, a noc zbyt ciemna.
Ale stukanie nie ustawało.W końcu wstałem. Podszedłem do okna, gotowy przegonić intruza. Za szybą nie było jednak żadnego ptaka. Nie było też deszczu.
Była mgła. Gęsta, mleczna i niemal nierzeczywista.
Miasto, które jeszcze przed chwilą powinno tam być, zniknęło. Ulice, domy, drzewa - wszystko pochłonęła szara otchłań. Zostały tylko pojedyncze światła przebijające przez tę wilgotną zasłonę, jak odległe latarnie na pokładzie statku płynącego przez morze.
Stałem przy oknie i patrzyłem.
I już wiedziałem.
Nie będzie dalszego ciągu snu.
Suwalszczyzna właśnie zaczynała swój własny spektakl.
Zrobiłem herbatę, zarzuciłem na ramiona plecak ze sprzętem i wyszedłem z domu.
Po chwili sam zostałem pochłonięty przez mgłę.
Otuliła mnie ze wszystkich stron. Wilgotna i chłodna, przesuwała się pomiędzy drzewami, sunęła nad polami i drogami, zacierała horyzont. Wszystko, co znajdowało się kilka kroków dalej, przestawało istnieć.
Byłem tylko ja i ona.
A gdzieś wysoko, ponad tą szarą krainą, czekało słońce.
I rozpoczęła się walka.
Mgła zawładnęła ziemią. Rozlała się po krajobrazie niczym ogromne morze, przykrywając wszystko, co znalazło się na jej drodze. W jej szarym świecie drzewa wyglądały jak samotne wyspy, a pagórki niczym dzioby statków wystające ponad powierzchnię mlecznego oceanu.
Ale wtedy na horyzoncie pojawiło się światło. Najpierw nieśmiałe. Ledwie widoczne. Cienka smuga złota przecięła szarość.
Mgła drgnęła.
Słońce rozpoczęło oblężenie.
Promienie przebijały się przez jej gęstą warstwę, wypalając w niej świetliste otwory. Ziemia łapczywie chwytała każdy promień, jakby po długiej nocy ktoś nagle otworzył drzwi do innego świata.
Ale mgła nie zamierzała się poddać.
Zamykała wyrwane przez światło szczeliny. Przesuwała się, gęstniała, wirowała. Cerowała swoje rany, zasnuwając krajobraz ponownie szarą, wilgotną kołdrą.
Przez chwilę świat wyglądał tak, jakby istniał w dwóch różnych rzeczywistościach.
Na dole - zimna, ołowiana szarość.
Nad nią - błękitne niebo i coraz silniejsze słońce.
A pomiędzy nimi trwała walka.
Światło kontra mgła.
Ciepło kontra chłód.
Dzień kontra noc.
Nie wiedziałem, kto zwycięży.
I chyba właśnie dlatego nie mogłem odejść.
Stałem z aparatem i patrzyłem, jak natura zmienia scenografię z minuty na minutę. Każda chwila była inna. Każda mogła być tym jednym, niepowtarzalnym kadrem, dla którego warto było wstać z łóżka.
Wreszcie słońce nabrało siły.Jego promienie przebiły ostatnią warstwę mgły i rozlały się po ziemi złotem.
Ołowiana zasłona zaczęła pękać. Najpierw powoli.Potem gwałtownie.
Mgła cofała się, rozpływała i znikała, jak pokonana armia wycofująca się z pola bitwy.
A wysoko nad nią niebo eksplodowało błękitem.
Ciężkie, ołowiane chmury rozpadły się na białe, puszyste kłęby, przypominające ogromne kłębki waty sunące po nieskończonym błękicie.
Nastał dzień.
Mgła przegrała.
Zwyciężyło światło.
Stałem jeszcze długo z aparatem przewieszonym przez ramię i patrzyłem na ten niezwykły spektakl.
Pomyślałem wtedy, że czasami natura sama wybiera fotografa. Wystarczy tylko otworzyć oczy.
Czasem budzi nas ptak.
Czasem deszcz.
A czasem - zwykłe, tajemnicze stukanie w parapet.
I właśnie wtedy może się okazać, że za oknem czeka świat, którego nie zobaczymy już nigdy w dokładnie taki sam sposób.
Bo Suwalszczyzna nie potrzebuje scenariusza.
Ona sama pisze swoje historie.
Trzeba tylko być tam, kiedy podnosi kurtynę.