10/05/2026
Nie umiem w media społecznościowe.
Naprawdę.
Gubię rytm publikowania, znikam na tygodnie, czasem miesiące.
Nie potrafię robić wokół siebie internetowego hałasu.
Wracam tu po raz kolejny, żeby pokazać coś fajnego.
I może właśnie dlatego ciągle ciągnie mnie w miejsca, które coś w sobie mają.
Nieoczywiste. Surowe. Prawdziwe.
Szkocję znałem już wcześniej.
Kilka razy widziałem ją w deszczu, we mgle, przy wietrze, który potrafi zmienić pogodę kilka razy w ciągu godziny.
Tym razem była zupełnie inna.
Prawie bezchmurne niebo.
Ciepło.
Ani kropli deszczu.
I szczerze?
To była Szkocja, której kompletnie nie znałem. Jakby na chwilę odsłoniła przed nami swoją spokojniejszą, bardziej miękką twarz.
A oni po prostu w tym wszystkim byli razem.
Bez wielkiego „pozowania do sesji”. Bardziej jak dwoje ludzi, którzy na moment uciekli od świata i znaleźli własny rytm gdzieś między klifami wyspy Skye.
Lubię takie momenty.
Niedopowiedziane.
Trochę pomiędzy.
Coraz mniej interesują mnie zdjęcia, które są tylko ładne.
Coraz bardziej te, do których wraca się po latach i czuje nie obraz, a siebie sprzed lat.
Temperaturę powietrza. Ciszę. Słońce na skórze. Ten jeden konkretny dzień.
Może właśnie dlatego ciągle fotografuję.
Dla tych kilku chwil prawdy, które wydarzą się między jednym spojrzeniem a drugim.
A potem znikną.
Reszta po prostu się wydarzyła.