15/05/2026
Od dłuższego czasu nie ma mnie tu za wiele. Dawne pisanie też jakoś przygasło, a mam Wam tyle do opowiedzenia… 🥹 Może kiedyś…
Ale to „kiedyś” od kilku lat zwłaszcza jest tematem moich rozmyślań - w różnych aspektach życia. Dziś chyba chciałabym się odnieść tylko do zdjęć, a może kiedyś rozszerzę wątek… choć pewnie jeśli to przeczytasz do końca - znajdziesz swoje własne rozwinięcie tematu… Tobie najbliższe.
Zatem myśląc o fotografii… Często odkładamy jakąś naszą chodzącą nam po głowie sesję na ten magiczny, „lepszy moment”.
Bo najpierw trzeba by schudnąć te wierne 5kilo.
Zafarbować odrosty.
Umówić makijaż.
Kupić jakieś sensowne ubrania.
Ogarnąć życie.
Poczuć się lepiej ze sobą.
Sama błądzę dokładnie tak samo. Znam to.
I dzisiaj właśnie zdałam sobie sprawę, że zwlekamy tak długo, że w międzyczasie znajomym urodziło się dziecko, ktoś wybudował dom, ktoś zachorował, ktoś przeprowadził się na drugi koniec świata, ktoś inny się rozwiódł, ktoś napisał i obronił doktorat, a ktoś inny po prostu... zniknął z tego świata.
I tak bardzo mocno dziś dotarło do mnie, że czas płynie niezależnie od tego, czy jestem już „gotowa”, czy jeszcze nie.
Czasem myślę sobie - gdybym wiedziała, że zostało mi ostatnie 7 dni życia, czy mój kalendarz wyglądałby dokładnie tak samo jak dziś?
Nie sądzę. Tzn na pewno wiem, że nie...
To dlaczego tak wiele odkładam na „kiedyś”?
Na „gdy będzie lepiej”. Na „gdy będę lepsza”.
Jako fotograf ogromnie wierzę w wartość zdjęć.
W zatrzymany czas. W te małe fragmenty życia, które po latach okazują się wszystkim.
I wiecie co?
Sama też staję czasem po drugiej stronie obiektywu.
Moje ostatnie spotkanie z Olivką (Olivka Batorska Tolula) i Anią (Ania Grochal Fotografia)... Kawa przy kominku, długie rozmowy o wszystkim i o niczym. Dziewczyny, do których kiedyś bałam się odezwać, bo już wtedy wymiatały na krakowskim rynku fotografii, kiedy ja co najwyżej robiłam zdjęcia w moim 35-metrowym mieszkaniu między zabawkami własnych dzieci a 170cm softboxem 😉
Dziś wspieramy się, dodajemy sobie odwagi i kopiemy nawzajem w tyłek, kiedy trzeba ruszyć dalej.
A te zdjęcia?
Powstały o poranku.
Bez makijażystki.
Miesiąc przed fryzjerem.
W koszulce, w której spałam.
Uczesana rossmanową szczotką kupioną na myślenickim rynku dzień wcześniej.
W majtkach nie do pary.
W zimnym domku, w którym noc wcześniej spałyśmy w kapturach naciągniętych na czoło.
Bez wielkiej koncepcji.
Bez planu.
Po prostu.
I powiem Wam coś szczerze - chyba nigdy nie lubiłam siebie bardziej na zdjęciach.
Bardziej niż wtedy, gdy byłam wystylizowana, dopracowana i „idealna”.
Bo tu jestem naprawdę ja.
Zwykła.
Nostaligczna.
Trochę zmęczona.
Trochę pogubiona.
Ale prawdziwa.
Mój starszy syn zobaczył te zdjęcia, kiedy je przeglądałam.
I to, co zobaczyłam w jego oczach, wystarczyło mi za milion komplementów, których nigdy wcześniej od nikogo nie usłyszałam...
Dziękuję Olivka Batorska po raz kolejny :*