14/05/2026
Na chłodno już, po przemyśleniach i opadnięciu emocji, po wcześniejszym usunięciu i przeredagowaniu wpisu… Rajd Ptasiarzy 2026. Właściwie to Rajd Ptasiarski, ale chyba nie dojrzałem do tych politycznie poprawnych zmian w nazewnictwie, a poza tym jakoś nie potrafię się czuć „nijaki”. Wszystko ma swój początek i koniec. Nawet Drużyna Pierścienia się rozpadła, więc czego od Włochatek oczekiwać? Z powodów wielu, czasem ważnych, czasem prozaicznych, czasem niezrozumiałych. Postanowiłem jednak podjąć wyzwanie w „małpce” tzn. Setce Ptasiarza. Wybór miejsca trochę przewrotnie, ale też pragmatycznie, był nieprzypadkowy: staw Farskie (prawidłowa nazwa „Walachowy”, ale większość ptasiarzy i tak nie zrozumie). Podobno, ktoś mi tak kiedyś powiedział, swego czasu rozreklamowałem ten akwen wśród miłośników dwóch skrzydeł. Poza tym, mam blisko, co też było ważniejsze nawet niż ilość występujących tam ptaków. Przygotowania do Rajdu sprowadziły się do zrobienia kółka o średnicy 100 m na screenie mapy w wyrafinowanym inżynierskim narzędziu graficznym zwanym Paint. Chodziło o wyznaczenie środka okręgu, w obrębie którego mogłem się poruszać, w taki sposób, aby obejmował co najmniej jeden rewir podróżniczka.
Zacząłem dokładnie o 3:20. Pierwszym ptakiem był trzciniak. Następnie meldowały się m.in. słowik rdzawy, brzęczka, krzyżówka, kukułka oraz oczywiście podróżniczek. Pierwsze 2 godziny to właściwie ciągle te same głosy. Powoli dołączała „dzienna zmiana”: kosy, śpiewaki, łozówka, dość późno do chóru dołączył świerszczak. Właściwie to… mogłem spać z dwie godziny dłużej i nic by to nie zmieniło. Gdy już się rozjaśniło, oprócz słuchu pojawiło się kolejne narzędzie – luneta. Dobre usytuowanie wysokościowe stanowiska pozwoliło mieć w zasięgu wzroku cały zbiornik i całkiem sporo okolicznego terenu. Jedyne wady to węzeł autostradowy A1-A4, podobno największy w tej części Europy, który nigdy nie śpi, oraz linia kolejowa, która nad ranem jest najbardziej obciążona, szczególnie ruchem towarowym i niezwykle emocjonalnym podejściem maszynistów do używania sygnałów dźwiękowych. Innymi słowy, wszystkie głosy ptaków dolatujące „z północy” były niesłyszalne.
Nad stawem żerowało kilka gatunków siewkowych (łęczaki, piskliwce, sieweczki rzeczne), udało się wyłuskać perkozki i kokoszki, a powtarzane co jakiś czas spacery „wokół komina” przynosiły kolejne gatunki, wśród nich np. lerkę, kląskawki czy wąsatki. Od czasu do czasu też coś przeleciało, m.in. cn. 11 rybitw białowąsych, które ostatnio nad tym zbiornikiem były stwierdzone 3 lata temu, a dla mnie był to „pierwszy raz” i 202 gatunek w „kwadracie D8J1”. Planowane minimum, czyli 50 gatunków, osiągnąłem ok. 7:30. I już chciałem się zwijać, gdy pomyślałem, że może dam im jeszcze szansę. Tak zrobiło się 60. Też już chciałem jechać, ale przypomniałem sobie, że szponiaste wolą latać jak trochę cieplej się zrobi. W ten oto sposób dobiłem do 64 i powiedziałem: „dość, jutro wcześnie rano robota w terenie, trzeba się wyspać”. Opuściłem stanowisko na parę godzin, tzn. prawie dziesięć. Ale coś mi mówiło, że dam radę jeszcze wyciągnąć jeden czy dwa gatunki. Podjechałem przed zachodem słońca na „wielki finał”, jak zawsze nazywałem nasłuchiwanie sów, lelków i słonek w Lasach Lublinieckich. Ptak był godzien finału na Wembley: pliszka żółta, moim zdaniem z podgatunku feldegg, ale już nigdy nie dojdę prawdy, bo szybko się ewakuowała. Skończyło się na magicznej liczbie 66, bo w ostatnich promieniach słońca (gdyby nie było chmur), na dachu jednego z domów znajdujących się w polu widzenia udało mi się jeszcze dostrzec sierpówkę.
Było kilka niespodzianek na plus. Było też kilku wielkich i małych nieobecnych. Nie odhaczyłem kruka, sójki i sroki, to samo wydarzyło się w przypadku zięby i modraszki. Ale kilka bonusów zrównoważyło te braki. Gdyby nie moje podejście do tematu, był potencjał na 70+. Nieco inna lokalizacja punktu obserwacyjnego też ułatwiłaby wysłuchanie chociażby krętogłowa czy dzięcioła zielonosiwego i zniwelowałaby niekorzystny efekt matrycy.
Na koniec nasuwa mi się pewna refleksja. Rajd Ptasiarzy to przede wszystkim Ludzie. Drużyna. Przyjaciele. Znajomi. Rozmowy o tym i owym. Udawanie z poważną miną, że się słyszy tego zniczka czy zielonkę. Bez tego jest… potwornie nudno. Warto wspomnieć te osoby. Karolina, nazywana przeze mnie Przyjaciółką od Ptaków, wiele razem widzieliśmy, nawet kiedyś wcześniej zakończyłem wędkowanie, bo… czapla nadobna beze mnie by się nie liczyła. Justyna, obdarzona doskonałym słuchem, szczególnie w górnych rejestrach (nieszczęsny zniczek na przykład). Krzysztof, dzięki któremu poznałem sowy, ptaki Lasów Lublinieckich i dzięki któremu nauczyłem się… słuchać, a „weekend rzadkości” ( Grecy mogliby te parę dni nazwać słowem „katharsis”) nad Bałtykiem od kilku lat spędzam zawsze w Jego towarzystwie. Marta, której znajomość ptaków, w szczególności ptasich głosów robiła wrażenie nawet na Krzysztofie. Katsiaryna, oprócz doskonałego słuchu, miała i pewnie nadal ma, szczęście do szponiastych, a po kilkunastu godzinach Rajdu opanowała kilka słów w śląskiej gwarze, choć wymawiała je z białoruskim akcentem.
A co do wspomnianych na wstępie Włochatek – moja pierwsza drużyna właściwie tylko zmieniła nazwę. Teraz nazywa się… Zarząd Górnośląskiego Koła Ornitologicznego. Nawet Tolkien lepiej by tego nie wymyślił :-)
PS. zdjęcie profilowe, którego już od kilku lat nie zmieniam, zostało wykonane w trakcie jednego z Rajdów Ptasiarzy. A poniżej kilka dokumentacyjnych fotek z 9 maja 2026.