Rafał Grądzki obrazem i słowem

Rafał Grądzki obrazem i słowem Obrazem i słowem. Zdjęcia
Reportaż

Me & my friend.
29/09/2025

Me & my friend.

W najnowszym Dużym Formacie:„W ostatnią Wigilię mieliśmy opłatek, zupę i śledzia. Na prezenty zabrakło pieniędzy. W sylw...
16/09/2019

W najnowszym Dużym Formacie:

„W ostatnią Wigilię mieliśmy opłatek, zupę i śledzia. Na prezenty zabrakło pieniędzy. W sylwestra - tuż przed wyjściem do pracy - życzyłem mamie zdrowia. I żeby nie było gorzej. Kilka dni później komornik zajął mi grudniową wypłatę. Na życie w styczniu zostało 200 złotych i renta mamy. Jak tu się cieszyć? Z takim garbem na plecach?”
Na zdjęciu Sylwek bohater tekstu.

No i co ja niby mam napisać?Że Agata cudownie pisze? Przecież każdy to wie. Że jej książka "Z miłości? To wspołczuję" aż...
20/06/2019

No i co ja niby mam napisać?

Że Agata cudownie pisze? Przecież każdy to wie.

Że jej książka "Z miłości? To wspołczuję" aż skrzy się od emocji, pieczołowicie i z czułością oraz empatią zebranych i przelanych na papier z delikatnością powiewu motylich skrzydeł? Nosz kurde jakieś to takie kiczowate stwierdzenie!

Że opisuje obcą nam kulturę bez żadnej oceny, wartościowania, pokazywania, że nasze lepsze? Jest przecież badaczem i reporterem. Ma to we krwi niejako. Kindersztuba, c'nie?

Że jest w tej książce dużo o samej Agacie? Tak między wierszami, na uboczu, trochę za węgłem, a czasem i nie? No jasne. Zdziwiłbym się, gdyby nie było. Pisała omańskie opowieści, kiedy pisała. W czasie osobistym, którego wielu ludzi nie potrafi ogarnąć przez lata.

Jest w tej książce ciekawość, radość, miłość, ból i cierpienie. Jest tęsknota, zdziwienie, empatia i współczucie. Jest człowieczeństwo i dobroć dla drugiego człowieka.

Ale są i sprawy trudne. Nie różniące się co do zasady od naszych trudnych spraw. Tylko koloryt inny. I didaskalia. Skutek zawsze ten sam.

Jeśli szukacie książki, przy której się wzruszycie, zamyślicie i poczujecie, że różnorodność na świecie jest ważna, to to jest właśnie taka książka. Jeśli szukacie pogłębionego, rzetelnego obrazu życia kobiet w innej kulturze, to to jest ta książka. Jeśli szukacie pięknie napisanego tekstu na długie zachody słońca, to to jest ta książka.

Wczoraj w gdańskim EMPIKu Z miłości Agaty stało grzbiet w w grzbiet z Kaprysikiem Mariusza Szczygła. I niech samo to starczy za rekomendację.

Piękna książka. Nie ma co pisać więcej.

Agata Romaniuk
Z miłości? To współczuję.
Opowieści z Omanu
Wydawnictwo Poznańskie
2019

Agnieszka kładzie rękę na moim ramieniu. Siedzimy  z przyjaciółmi we Wrzeniu Świata, rozmawiamy, czas płynie tak jakoś l...
23/05/2019

Agnieszka kładzie rękę na moim ramieniu. Siedzimy z przyjaciółmi we Wrzeniu Świata, rozmawiamy, czas płynie tak jakoś leniwie. Odwracam się do niej i dostrzegam w ręku książkę. To dla Ciebie, mówi. "2 miliony dzieci zrobiło 10 milionów dobrych uczynków. Ta historia wydarzyła się w Polsce". Bardzo chciałem kupić Niewidzialną rękę. Nie zdążyłem. Przyszła do mnie sama.

W TLK z Warszawy do Gdyni niemożebny tłok. Przejścia zastawione ludźmi, nie ma czym oddychać, a dwie studentki medycyny ca całe gardło pytlują od godziny o instagramach, lajkach i co kto wrzucił ostatnio. Agnieszka próbuje medytować, ja wyciągam książkę. "Maciejku, a gdybyś mógł spełnić ambicje najzmamienitszych utopistów. Gdybyś stanął przed szansą i oddał się zadaniu - osiągnąć jak najwięcej szczęścia dla bezliku ludzi?"

Dwa lata wcześniej Maciek opowiadał nam w szkole o swoich planach. O tym, że pisze książkę o człowieku, który stworzył najcudowniejszą akcję w dziejach PRLu. O pomysłodawcy Niewidzialnej Ręki, Teleranka, Pankracego. O uczynkach, które znów nadawały sens słowom człowieczeństwo, pomoc, wrażliwość, miłość. O milionach czynów, które zmieniały świat na lepszy. Bez rozgłosu, bez lajków, bez filmu na you tubie i livee'u na instagramie. Po dziesiątej stronie straciłem poczucie rzeczywistości.

Oderwałem się od liter tuż przed Gdańskiem. Z wysiłkiem. Nie widząc już dokładnie słów, bo oczy jakoś nie chciały się odeszklić. Siłą powstrzymywałem grawitację. Bo co by ludzie w przedziale powiedzieli. W autobusie do Pucka przeczytałem o niewidzialnej ręce nr 13 128. I tama pękła.

Spojrzałem wstecz, do czasów, w których altruizm miał dziesiątą kolejność odśnieżania. Ważna była kariera, pieniądze, samochód, dom i kolejny jeszcze lepszy aparat i komputer. I w których rosło poczucie, że coś jest mocno nie w porządku.

"W tamtą niedzielę zdarzył się cud. Opublikowałem rozmowę z Pankracym i jednej nocy nadeszło tysiąc siedemset wiadomości. Pankracy, Dziś, po latach opowiadam o Tobie swoim dzieciom. Nauczyłeś mnie przepraszać i dziękować. Szkoda, że nasze dzieci tego już nie zrozumieją".

Zatęskniłem za Pankracym. Za światem bez bajek, w których fabuła to jedno wielkie słowne i czynne mordobicie. Bez dostępnych na każdym kroku ogłupiaczy, bez wszechogarniającej agresji i oderwania od innych. I poczułem wstyd. Kim jestem, żeby rzucać kamień? Przecież sam nie znajduję czasu dla Młodej, nie gadam z nią i nie spędzam czasu, bo to, siamto i owamto. A potem dziwię się i wściekam, kiedy czasem robi się naprawdę trudno. Hipokryto, zacznij od siebie.

Czytam o tym, co przeżywa Maciek i rośnie mi gula w gardle. To takie moje, takie samo, takie dojmująco znajome. Noż ja pierdole. Teraz to i trzy chusteczki nie wystarczają.

"Dokończ mi karmnik Maciejku, bo sam się nie zrobi. To ja już kupię panu karmnik, mówię zniecierpliwiony. Przez ciebie przemawia wygoda, ale wiedz, że za wygodą powędruje lenistwo, a lenistwo pociągnie za sobą kalectwo. Spytasz po co ptakim karmniki, skoro same znajdują karmę? Ano sprawisz im przyjemność. I zapamiętaj Maciejku, sam oszczęśliwiejesz. Bo ludzie szczęśliwieją, kiedy się ich w pomaganie włączy, o pomoc poprosi".

Nie śpię pół nocy. Staram się zrozumieć, co to znaczy oszczęśliwieć.

Opowiadam o książce koleżance. Pomagam jej w prowadzeniu firmy. I znów się rozklejam. Znamy się nieźle, ale jednak. Nie robię tego przy każdym. A tu samo jakoś płynie. Patrzy na mnie i nie wiem, czy rozumie. Chyba tak. Tak myślę. Bierze książkę i robi jej zdjęcie. Jutro kupię, mówi.

Ostatnią stronę doczytuję idąc obok Urzędu Miasta w Gdyni. Przystaję na chwilę. Patrzę przed siebie. Pani z psem spogląda zdziwiona na otwartą książkę i moją twarz. Czemu pan płacze, pyta. Bo jestem pod urokiem jej słów. I nie chcę im się sprzeniewierzyć.

Maćku, dziękuję! Ruszyłeś każdą molekułę.
Kupiłem dwie kolejne. Pójdą jako prezenty do dobrych ludzi.

Maciek Wasielewski
Niewidzialna Ręka
Wydawnictwo Wielka Litera

, , ,

"Telefon dzwoni w chwili, kiedy podczas gry Marianka ratuje małpkę przed upadkiem z drzewa.– To Martynka, porozmawiaj z ...
13/05/2019

"Telefon dzwoni w chwili, kiedy podczas gry Marianka ratuje małpkę przed upadkiem z drzewa.
– To Martynka, porozmawiaj z siostrą – mówię.
Marianka słucha. Z jej twarzy powoli znika uśmiech. – Tato, to nie Martynka, to jakiś pan!
Odkładam grę.
– Pan Krzysztof? Lepiej niech pan szybko przyjdzie pod szkołę – słychać przestraszony głos.
– Coś się stało Martynie! – krzyczę. – Przy skrzyżowaniu, między gimnazjum a kościołem."

Tak zaczyna się ta historia. A potem jest już tylko trudniej. Co przeżywa człowiek, gdy niewyobrażalne staje się rzeczywistością? Z czym przychodzi mu się zmierzyć? Jak trudno jest żyć?

Piszę o tym w dzisiejszym Dużym Formacie.

Ile musiał mieć na liczniku, skoro odrzuciło Martynę na osiem metrów i wypchnęło jej mózg z czaszki? Czemu nie jest w areszcie? Dlaczego nie zabrali mu prawa jazdy?

Gdzie spojrzę, dookoła sh*tshow.Parę lat temu Detroit Charliego LeDuffa rzuciło mnie o glebę. Dawno nie czytałem reporta...
03/05/2019

Gdzie spojrzę, dookoła sh*tshow.

Parę lat temu Detroit Charliego LeDuffa rzuciło mnie o glebę. Dawno nie czytałem reportażu, który w tak bezkompromisowy sposób pokazywałby codzienność zwykłych ludzi. I obnażałby mechanizmy, które do tej rzeczywistości doprowadziły. Zaczynając Sh*tshow! czułem, że LeDuff pójdzie głębiej. I nie będzie się przy tym patyczkował.

Ta książka jest jak worek wypełniony kostkami semtexu. Co rozdzał to ekspolzja. Pieprznięcie z grubej rury i po pełnych garach. Bez wytchnienia, bez pardonu i miłosiedzia - że zacytuję klasyka polskiej literatury ku pokrzepieniu serc. Bez szacunku dla norm i reguł dziennikarskiego i politycznego establishmentu. Pełna zjadliwych uwag o obecnej amerykańskiej rzeczywistości. Opowiedzianych ustami zwykłych Amerykanów. Najzwyklejszych. Żadnych tam przedstawicieli klasy średniej, itelektualistów, pisarzy, przedsiębiorców, korpodyrektorów, tylko sklepikarzy, robotników, farmerów, sprzątaczy, bezrobotnych, kelnerów i tak dalej. Czarnych, białych, latynosów, azjatów. Pytanych na ulicach, w barach, parkach i skwerach. I mówiących bez ogródek co ich boli. I dlaczego są wściekli.

Piszę tę recenzję 3 maja. Konstytucja, defilady, wiele pustych slów bez pokrycia, trochę optymizmu na Uniwerytecie Warszawskim. W tle gdzieś pobrzękują słowa o Targowicy. Wygasają emocje po zrywie nauczycieli. Za chwilę coś nowego przykuje naszą uwagę. Kolejny odcinek Sh*tshow-u. Piszę i mam poczucie, że my tu w Pollandii mamy własny g***oszoł. I jest on w swoich przyczynach i skutkach całkiem podobny do tego amerykańskiego. Przyjrzyjcie się. Elity daleko od zwykłego zjadacza chleba. Coraz marniejsza edukacja. Co chwilę nowa afera - prawdziwa lub urojona. Jedni nienawidzą drugich. Przejada się własną przyszłość w imię doraźnych interesów wyborczych. Deformuje się kraj i jego najważniejsze reguły, a ludzi którzy tych reguł bronią piętnuje się i odsądza od czci i wiary. Emocje biorą górę. A praca z sensem ma status dziesiątej kategorii odśnieżania. Ok. Nie mamy takich podzialow, jak Amerykanie. Mamy inne. Równie głębokie.

Jest całkiem możliwe, że nasze sh*tshow będzie miało swoją drugą odsłonę. Jeszcze gorszą. Obym się mylił. My Polacy nie umiemy normalnie budować i cieszyć owocami tego budowania. Musi być zryw. Najlepiej za świat i wszystkich ludzi. A potem sami sobie spuścimy wpierdol. Koncertowo. To potrafimy najlepiej. Ciepieć za innych i naparzać się pomiędzy sobą. A potem narzekać i złorzeczyć. Całemu światu na pohybel.

Sh*tshow! to jedna z ważniejszych książek tego roku. Obnaża równię pochyłą, na której jest Ameryka. I pokazuje, że inni wcale nie są w innej przestrzeni. Że Francja, Czechy, Węgry, Rumunia, Ukraina, Rosja, Turcja, Włochy, Grecja, Polska, Wielka Brytania też powoli staczają się w chaos i degrengoladę. A wdepnięcie w g***o wcale nie oznacza, że za rogiem czeka szczęście.

Na koniec.... Wiele bym dał, żeby przeczytać taką książkę o Polsce. Hmmmm....
10 punktów na 10. Mimo kilku niedociągnięć korektorskich 😉.

Charlie LeDuff
Sh*tshow!
Ameryka się sypie a oglądalność szybuje
Wydawnictwo Czarne

W latach 2000 - 2017 na Morzu Śródziemnym zginęło około 34 tyś osób. Zdecydowana większość z nich uciekała przed śmierci...
26/04/2019

W latach 2000 - 2017 na Morzu Śródziemnym zginęło około 34 tyś osób. Zdecydowana większość z nich uciekała przed śmiercią. Nie zdołali dokonać tej sztuki. Sudan, Kongo, Tunezja, Somalia, Libia, Irak, Syria, Liban, Afganistan. Znamy to z telewizji. I g***o nas to obchodzi.

Czytałem "Nie jesteśmy uchodźcami" i włos mi się jeżył na głowie. Siedzimy tu sobie w naszym ciepłym, wschodnieuropejskim zaścianku. Jest nam lepiej lub gorzej, ale mamy co jeść, pieniądze dają na dzieci, emeryturę trzynastą dorzucą. Jest dach nad głową, woda, prąd i gaz. Generalnie żyć, nie umierać. Nikt nie strzela, nie zrzuca bomb, nie torturuje, nie morduje, bo tak mu się właśnie zachce, nie wycina w pień w imię jakiejś chorej idei albo co gorsza polityki. Gdzieś niedaleko się zabijają. Ale to nie nasza sprawa. To dwa tysiące kilometrow dalej na tej dzikiej Ukrainie. Wiadomo. Dzicz musi się wyrzynać. A tamci dalej to już w ogóle podludzie. Dobrze im tak. Niech się wszyscy pozabijają. Mniej głów do wykarmienia.

Tak sobie myślimy siedząc w fotelach, przed telewizorami, sącząc piwo i patrząc na dziejące się barbarzyństwo. Albo i nie. Bo większość wspołczesnych konfliktów nikogo już nie obchodzi. I dawno przestano o nich mówić. W ich wyniku ze swoich domów uciekło 65 milionów ludzi. Jeden procent populacji świata. Przeszło półtorej Polski.

A może warto zadać sobie kilka pytań? Na przykład takich:

"Dlaczego zabijamy? Co mogłoby cię popchnąć do zabójstwa? Chwyciłbyś za broń w obronie wlasnego kraju? Zabijałbyś, gdyby robili to wszyscy wokół ciebie? Sądzisz, że twój sąsiad byłby zdolny cię zabić? A ktoś z twoich bliskich? Jak długo wytrzymałbyś w sytuacji skrajnej przemocy? W którym momencie doszedłbyś do punktu granicznego: gdyby spadły bomby na twój dom? gdyby wojsko otoczyło dzielnicę, w któej mieszkasz? gdyby grupa terrrystyczna objęla kontrolę nad twoim miastem? Zostawiłbyś swoje dzieci? Zostałbyś? Myślisz, że ktoś by ci pomógł? Czy skłamałbyś na temat tego, co przeżyłeś, żeby dostać azyl? Czy obojętność jest przemocą?"

Ta lista jest znacznie dłuższa i przerażająca. Tak jak ta książka. Napisana, przez człowieka, który tam był. Widział, dotknął, rozmawiał. Poczuł. Zrozumiał. A potem przelał to co poczuł i zrozumiał na papier. Uwiecznił historie ludzi, których teraźniejszość sprowadza się tylko do jednego. Przeżyć kolejny dzień. Nie umrzeć za godzinę lub dwie. Jeszcze nie dzisiaj. Ale nas to nie rusza. Bo my się boimy.

Tak. Boimy się. Od kiedy niektóre grupy islamskie zaczęły się radykalizować, wszyscy muzułmanie stali się podejrzani. Zrównano ich z najgorszymi plagami. Są zagrożeniem. Są źli! I chcą tylko jednego. Zabić nas wszystkich. Jak w takiej dusznej atmosferze pomagać tym, którzy uciekają przed wojną? Jak odrożnić tych, którzy rzeczywiście mają lub chcą coś mieć na sumieniu? Nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi.

Ta książka otwiera oczy. Pokazuje czym w istocie są współczesne migracje. Kto je spowodował. I jak na nie reaguje świat. Ta część jest najbardziej tragiczna.

Ważna pozycja. Dla tych, którzy chcą zrozumieć i wiedzieć. I mają w sercu odrobinę serca. Polecam.

Agus Morales
Nie jesteśmy uchodźcami
Życie w cieniu konfliktów zbrojnych.
Wydawnictwo Poznańskie

Przeczytałem Posełki. Wyobraziłem sobie, że jestem kobietą. Że jestem we wszystkim posłuszny swojemu mężowi. Nie mogę mi...
10/04/2019

Przeczytałem Posełki.

Wyobraziłem sobie, że jestem kobietą. Że jestem we wszystkim posłuszny swojemu mężowi. Nie mogę mieć własnego zdania, a jeśli je mam to nie jest ono istotne. Że wszystko, co wypracuję należy do mojego męża. Że to on musi wyrazić zgodę na moją pracę. Że bez jego zgody i wiedzy nie mogę zawierać umów. Że jeśli mamy inne zdania w kwestii wychowywania dzieci, to on i tak zawsze ma rację. Że może - zgodnie z prawem - zabrać mi dziecko, a ja nie mogę powiedzieć ani słowa.

Nie. Nie ma na to mojej zgody. Nie chcę tak żyć. Bo to usankcjonowane przez państwo i wspierane przez Kościół białorękawiczkowe niewolnictwo. Sto lat temu tak właśnie traktowano kobiety. Niektóre z nich postanowiły to zmienić. Zostały posełkami.

Pochodziły z różnych sfer i warstw. Jedna była żoną posła (potem premiera). Druga szpiegiem, trzecia nauczycielką. Było ich osiem. Mimo różnic ideologicznych w sprawach kobiet współdziałały razem. W niektórych przypadkach walnie przyczyniając się do kształtu ówczesnego prawa. Potrafiły głosować (lub nie) wbrew swoim klubom. Dzięki temu przeszła na przykład ustawa o reformie rolnej, zaciekle zwalczana przez prawicę. Albo poprawka w projekcie konstytucji. Były odważniejsze od mężczyzn. Żyjąc przy tym z świadomością, że cały czas są oceniane.

Przyznam się - nie znalem żadnej z nich - nawet Zofii Moraczewskiej. Nie uczyli nas o tym w szkole. Potem nie trafiłem na żadne wzmianki o posełkach podczas nauki o historii państwa i prawa polskiego. Aż do książki Oli Wiechnik.

Świetnie się ją czyta. Jak żywą historię, anegdotę. Czasem jak kryminał. Kilka razy złapałem się na tym, że najzwyczajniej w świecie kibicuję staraniom pań o kolejne zmiany. Bez nich na przykład ustawa antyalkoholowa w międzywojennym sejmie by nie przeszła.

Na koniec jeszcze jedna refleksja. Jak sądzicie ile jeszcze jest prawdy (chodzi mi o obecną rzeczywistość) w słowach, które padały przed wiekiem. Że "największą zasługą kobiet jest rodzenie synów, a obowiązkiem praca w zaciszu kuchni." Że "wszystko jedno czy słonce jest białe, czy czarne, zimne, czy gorące, byleby on był zadowolony." Mąż znaczy się. Ka kobieta "ma zgadzać się ze swoim losem i być gotową do znoszenia choćby najgorszej doli". Jak sądzicie ile jeszcze jest w tych słowach rzeczywistości?

Cudna książka. Polecam!

Olga Wiechnik
Posełki
Wydawnictwo Poznańskie

Jak się czyta kilka książek naraz, to w pewnym momencie zaczyna je się kończyć. A jak książki są dobre, to się ich nie c...
26/03/2019

Jak się czyta kilka książek naraz, to w pewnym momencie zaczyna je się kończyć. A jak książki są dobre, to się ich nie czyta. Tylko połyka. W dwa wieczory.

A potem śnią się w nocy sny z podwórka sprzed czterdziestu lat. Gdzie grało się w kapsle, w noża albo zwyczajnie w nogę. Gdzie starsi kumple przynosili świerszczyki, dziewczyny grały w gumę albo w klasy (w krótkich spódniczkach rzecz jasna) a pistolety na kapiszony były na powszechnym wyposażeniu dziecięcych bitew toczonych przez dziecięce wersje Czterech Pancernych, Klossa, Janosika i Załogi G.

Niech Was nie zwiedzie beztroski tytuł książki Łukasza Pilipa. Bardziej adekwatnie opisuje jej zawartość okładkowe zdjęcie. Miało być słodko, ale lizak spadł na ziemię.

Bo jakie to dzieciństwo, kiedy musisz się zajmować dwojgiem umierających rodziców? Jakie to dzieciństwo, gdy spędza się je w ośrodkach wychowaczych i poprawczakach? Gdy trzeba wybierać między matką a ojcem, bo każde z nich pragnie czego innego? Gdy rodzice zamiast o dziecko troszczą się o zapasy wódki? Gdy zostało się marionetką w szalonym świecie rządzonym przez zysk.

Niektóre teksty mnie zaciekawiły, niektóre poruszyły, kilka wstrząsnęło. Szczególnie ten o dzieciach z rodziny zastępczej, które po latach zaczęły mowić prawdę o tym co przeżyły jeszcze wcześniej. I ten o tacie, który zmienil się, by dalej kochać swojego syna geja.

Wracam wspomnieniami do swojego podwórka. Do kolegi, który uczył mnie matmy i pożyczał książki. Miał tak pochlastaną rodzinę. Wszyscy wiedzieliśmy ale żaden o tym nie mówił. Do drugiego, którego wiara zaprowadziła na dno portowego basenu, trzeciego - któremu wyniosłem kiedyś z domu całą kiść wystanych przez matkę w kolejce winogron (nie do dostania w latach 80-tych). Kilkanaście lat później ktoś zadźgał go nożem. Do czwartego, który przychodził na treningi, bo chciał być dłużej poza domem. Bo tam było tylko chlanie i rozróba.

Wracam też do świnek morskich wyprowadzanych latem na trawnik i czołgów stojących zimą pod blokiem podczas stanu wojennego. Mogliśmy nawet wejść do środka. Do wojen o Falklandy toczonych przy pomocy plastikowych żołnierzy. I książek o Tomku Wilmowskim. O przygodzie, podróży, miłości i przyjaźni.

Echchhhh..... Łukaszu. Kilka razy się wzruszyłem. Raz podczas lektury pociekło mi z oczu. Dziękuję Ci za tę książkę. W jakiś sposób jest dla mnie ważna.

Łukasz Pilip
Podwórko bez trzepaka
Reportaże z dzieciństwa
Wydawnictwo Agora

Nie wiedziałem, że Hue było punktem zwrotnym wojny w Wietnamie. W ogóle stwierdzam, że mało wiedziałem o samej wojnie. W...
24/03/2019

Nie wiedziałem, że Hue było punktem zwrotnym wojny w Wietnamie. W ogóle stwierdzam, że mało wiedziałem o samej wojnie. Wyobraźnię ukształtowały filmy. Te bardziej rozrywkowe i te rozliczeniowe. Niewiele w tym było rzetelnej reporterskiej roboty. Za to mnóstwo glorii traumy, taniej propagandy lub czystego wyrzynania setek głupich żółtków i ich ruskich szefów.

Mark Bowden (ten od Helikoptera w Ogniu, Polowania na Escobara i Zabić Bin Ladena) zmienił moje wyobrażenia brutalnie i bez znieczulenia. Bo nasi dzielni Amerykanie mieli wyjątkowo durnych dowódców. Megalomanów głuchych na raporty wywiadowcze, tępych biurokratów ignorujących wieści dochodzące z terenu, idiotów posylających ludzi na pewną śmierć. Mieli też prezydenta, który wolał nie mieć wlasnego zdania. I do końca swoich dni w Białym Domu nie mógł się zdecydować, co z tą woją zrobić. Z drugiej strony mieli niepokornych dziennikarzy, którzy donosili amerykańskiemu społeczenstwu (mimo embarga i cenzury na informacje), że amerykańscy chłopcy dostaję w Wietnamie w dupę. Na wlasne życzenie.

Smutna to książka. Z dokładnością szwajcarskiego bankiera opowiada o głupocie, niefrasobliwości, determinacji, poświęceniu i zachowaniach w sytuacji ekstremalnej. Pokazuje bitwę o Hue z obu stron. Idee i cele stojące za decyzję Północy, żeby zaatakować byłą stolicę Wietnamu. I mocarstwo, które boleśnie przekonuje się, że wcale nie jest takie mocne, jak się wszystkim do tej pory wydawało. Z dkumentalną rzetelnością pokazuje przebieg walk. Zaciętych, bezpardonowych. Na wyniszczenie.

Oddaje rownież głos ludności cywilnej. Najbardziej poszkodowanej w tej historii. Ludziom, którzy chcieli spokojnie żyć. A ginęli całymi tysiącami. Albo w egzekucjach albo pod amerykańskimi bombami i pociskami.

Na podstawie książki ma powstać serial. Będzie równie brutalny jak Kompania Braci czy Pacyfik. Bo niczego od tam tego czasu się nie nauczyliśmy jako ludzie. Co najwyżej skuteczniej zabijać.

Kto lubi wojenną literaturę faktu, będzie usatysfakcjonowany. Nie ma tu literackich subtelności. Jest za to krwawa epopeja. O głupocie dużych, którą muszą przeżyć maluczcy.

Polecam.

Mark Bowden
HUE 1968 Wietnam we krwi.
Wydawnictwo Poznańskie 2019.

Adres

Puck
84-100

Telefon

+48693857446

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Rafał Grądzki obrazem i słowem umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Rafał Grądzki obrazem i słowem:

Udostępnij

Kategoria