27/03/2026
Uczę dzieci, żeby były ludźmi. Nie „ładnymi”, nie „grzecznymi”, tylko naprawdę ludźmi - z empatią, z uważnością, z odwagą, żeby zobaczyć drugiego człowieka, a nie tylko siebie. Tłumaczę im, że warto stanąć w czyichś butach, że warto się zatrzymać, że warto być przyzwoitym nawet wtedy, kiedy nikt nie patrzy.
I robię to serio. Nie jako program, nie jako hasło na gazetce, tylko jako coś, w co wierzę. W klasie, na przerwie, w rozmowach, w konfliktach - cały czas próbuję pokazywać im, że dobro i szacunek to nie są puste słowa.
I właśnie dlatego czasem mnie to wszystko tak cholernie boli.
Bo wychodzę z tej klasy, patrzę na świat dorosłych i widzę zachowania, które są kompletnym zaprzeczeniem tego, czego uczę. Widzę brak empatii, brak odpowiedzialności, brak zwykłej ludzkiej przyzwoitości. I wtedy dopada mnie ten ogromny rozdźwięk: jak ja mam uczyć dzieci wartości, których dorośli tak często nie potrafią unieść.
To jest frustrujące. To jest rozwalające. To jest momentami tak absurdalne, że człowiek ma ochotę krzyknąć. Bo wkładasz w to serce, energię, wiarę a potem patrzysz na świat i naprawdę myślisz: czy to w ogóle ma sens.
Dlatego chcę zapytać innych, dorosłych (?):
Jak radzicie sobie z tym rozdarciem między tym, czego uczycie, a tym, co widzicie wokół? Jak utrzymać w sobie wiarę, że to, co robimy, naprawdę coś zmienia, kiedy rzeczywistość tak często wygląda jak jej własna parodia?