30/01/2026
Przyszedł czas na „o 34 finale WOŚP” słów kilka.
W tym roku miałem przyjemność odwiedzić studio w Warszawie, gdzie gra bezpośrednio sama fundacja.
Tak więc nie będę opisywał aukcji, sum, czy typowych rzeczy jakie pojawiają się w tego typu postach.
Ponieważ od samego początku byłem ciekaw zarówno organizacji jak i tego jak to naprawdę wygląda, to właśnie to Wam opisze. Wszak oglądanie studia, w tv albo internecie, jest tylko oglądaniem tego, co chcą nam pokazac. Wiele rzeczy zostaje na backstage
No to po kolei:
Rzeczy których nie widać na ekranie, to przede wszystkim ogrom tego przedsięwzięcia. Wiele dni przed samym finałem mnóstwo ludzi pracuje nad budową sceny i dekoracji, bezpieczeństwem, drukowaniem i przekazywaniem identyfikatorów, serduszek, kartonowych puszek itp. zwykłe ale żmudne i pracochłonne czynności.
Wolontariusze centrum komunikacji i Pokojowy Patrol razem z etatowymi pracownikami firm budujących, i ochrony, uwijają się do późnych godzin nocnych.
Na miejscu poza studiem powstają pawilony i całe miasteczko firm grających razem z fundacją w finale. Jest bezpłatne koło Allegro (jak na Polandrock), ciepły posiłki, itp itd.
W samym studio za kamerami faktycznie sporo sie ukrywa. Głównie sporo ludzi, bez których nie miało by to szans się odbyć z takim rozmachem. Tj. operatorzy kamer, ekipa foto (pozdro), realizacja obrazu i dźwięku, catering czy sami mieszkańcy Warszawy, którzy po prostu bawią się pod sceną.
No właśnie. „Bawią się pod sceną”. Największym spostrzeżeniem (bo nie do końca mogę napisać że zaskoczeniem”) jest sam klimat. Wszyscy Ci ludzie pracujący w trakcie finału, pomimo obowiązków zwyczajnie dobrze się bawią. Prowadzący tańczą na „poza anteniu” na wizji wygłupiają sie „blokiem reklamowym” albo udając manekiny w trakcie transmisji (foty poniżej), operatorzy kamer żartują, machają do siebie, Jurek Owsiak niespodziewanie w trakcie transmisji wychodzi z pomiędzy bawiących się ludzi, przejmuje mikrofon od prowadzących transmisję a potem robi sobie foty z osobami w studio.
Nie powiem, łatwo nie było, bieganie z aparatem od 8 do 23 daje w kości, naprawdę, ale ten czas spędza się sympatycznie, mimo że pracowicie.
Ciekawe połączenie profesjonalistów i pasjonatów pracujących wspólnie i z sukcesami, pomiędzy „ludźmi z ulicy” - bo studio było otwarte dla każdego i wystarczyło przejść przez bramki ochrony żeby wziąć udział w wydarzeniu.
Tak, roboty było dużo, tak, był widoczny nacisk na bezpieczeństwo i profesjonalizm, tak występowała trema czy stres, ale mimo to łączyło się to z naprawdę dobrą zabawą.
Mam nadzieję że, na kilku fotach poniżej uda mi sie zwizualozowac to o czym napisałem.
Pozdro
Giersu