28/02/2026
Ostatni dzień lutego. Scrolluję sobie spokojnie social media, a tu bach – wspomnienia sprzed kilku lat. Moment, w którym z pełną powagą (i lekkim drżeniem rąk) chwyciłam za aparat i oznajmiłam światu: będę fotografką!
Pierwsze zdjęcia? Cóż… delikatnie mówiąc, nie zachwycały. Do „poprawnych” też miały dalej niż ja do zostania rannym ptaszkiem. Ale wtedy byłam z nich dumna jak paw – do czasu, aż wrzuciłam je na grupę dla fotografek. Tam miłe panie zrobiły mi taką recenzję, że przez chwilę zastanawiałam się, czy nie przerzucić się na hodowlę kaktusów.
Czy się poddałam? Nie! (Choć dramatyczne „to nie dla mnie, nie potrafię” wybrzmiało w mojej głowie więcej niż raz).
No nie potrafiłam. Jeszcze. Do tego zazdrościłam innym tych magicznych kadrów, światła jak z bajki i kolorów jak z filmu. Dopiero po czasie dotarło do mnie, że za efektami "wow!" stoją godziny nauki, frustracji, prób i błędów.
Okazało się, że potrzeba było czasu, cierpliwości i odrobiny łagodności wobec siebie. No i zaprzestania porównywania się z innymi – bo to sport ekstremalny, który zawsze kończy się kontuzją ego. Dziś wiem, że nikt nie rodzi się z umiejętnością fotografowania. To nie tylko artyzm, ale też sporo technicznej wiedzy, testów, ustawień, światła, cieni i miliona „dlaczego to znowu jest nieostre?!”.
I mimo że moje ADHD skutecznie sabotuje regularne publikowanie (plan: 3 posty w tygodniu, rzeczywistość: 3 w kwartale), to jedno się nie zmieniło – ja nadal robię zdjęcia. Nadal się uczę. Nadal się zachwycam. I nadal kocham to całym serduszkiem ♥️
Bo czasem wystarczy impuls, jedno kliknięcie migawki, żeby odkryć coś, co zostaje z Tobą na lata. A jeśli po drodze ktoś Cię „objechał”? Cóż… najwyraźniej to był tylko przystanek, nie stacja końcowa.
Zdjęcie archiwalne - luty 2021.