03/05/2022
Jest takie stworzenie, które wciąż mi umyka. Widziałem je wiele razy lecz nigdy nie udało mi się w miarę sensownie go sfotografować. Widywałem ich harce w wodzie, spotykałem znienacka na brzegu lecz zawsze za szybko, za daleko lub za ciemno. Ostatnio jednak dopisało mi szczęście. Mogłem wreszcie nacieszyć się bliskim spotkaniem. Wybrałem się w odwiedziny do bobrów. Gdy byłem kilka krokow od żeremia z krzykiem zerwała się para żórawii. Były z drugiej strony, kilka metrów ode mnie. Chciałem sprawdzić, czy nie ma tam przypadkiem ich gniazda, lecz zatrzymał mnie głośny świst. Zacząłem rozglądać się po drzewach i nagle uświadomiłem sobie, że znam ten dźwięk. Na pewno źródła nie powinienem szukać na drzewach. Wtedy, dosłownie trzy metry ode mnie pojawił się wąsaty łeb. Adrenalinka skoczyła, czyżby wreszcie miało się udać? Zawsze mi umykały. Krótka chwila walki z obiektywem no bo przecież za blisko a ja z 600-setką. Pan wydra, chyba to był on. Przez chwilkę czyścił futerko, później wszedł do wody przepłynął kilka metrów, wyszedł poniuchał, poznaczył mocno teren, znowu do wody i znowu znaczenie i tak przez dosyć długą chwilę miałem przyjemność obserwować to niesamowite zwierzę. W końcu zanurkował i zniknął. Mam fotki, chociaż wysokie trawy trochę popsuły te ujęcia. Ale nic to, wracałem bardzo szczęśliwy.