19/11/2025
Oddałam dziś do wyboru ostatnią nie-świąteczną galerię w tym roku.
I kiedy ja wyciągałam te wszystkie żółcienie, za oknem padał już piereszy śnieg. A na gałęziach obijających się o szybę dawno nie było już śladu po jesiennych liściach.
Życie dziś ma wiele z jazdy konnej. Która jest w zamyśle marzeniem, ideałem. Wolnością. Ze stworzenia, które jest dla mnie synonimem mocy, piękna stworzenia, zachwytu, ale którego za Chiny nie potrafię opanować. Które czując moją ku niemu miłość i adorację, wie, że jestem za miękka buła by z mocą ściągnąć lejce i docisnąć pięte. Że wie, że boje się zrobić mu krzywdę.
A wtedy niesie.
Bez opamiętania, gdzie oczy poniosą. Czasem - owszem - zwalnia, by zaczerpnąć łyka wody. A wtedy i ja opadam bezwładnie na jego grzywę, ale zaraz zrywa się by gnać dalej, jakby jutra miało nie być.
Mogę w tej podróży - przerażona perspektywą uciekającego przez palce czasu - w panice zamknąć oczy i czekać na koniec by przetrwać.
Ale wtedy miną mnie zachwycające widoki...
Nie mamy czasu na odkładanie na później.
Szkoda dzisiaj,
by czekać z byciem tu i teraz
na moment idealny.