11/08/2026
Jest się królem i królową nocy, panem własnego losu, a obca skóra wydaje się jedyną rzeczą, która jest w stanie nas ocalić.
A potem nadchodzi poranek.
Chłodny świt , kiedy powoli wraca grawitacja. Leżysz w pościeli, która pachnie kimś, kogo imienia w sumie nie jesteś pewna, w gęstym, lepkim poczuciu pustki. W głowie łupie ordynarny kac, język przypomina wióry, a serce walczy o życie, pompując do żył czysty, stężony wstyd. I wtedy patrzysz w sufit i pytasz sama siebie: „Czym ja właściwie próbowałam zasypać tę dziurę w sobie?”.
Chemia nie zabija nas od razu. Ona nas po prostu powoli patroszy z bliskości, zostawiając po sobie wydmuszkę. Zamiast głębokiego związku dostajesz kolejną wymianę dotyków bez znaczenia, a zamiast spokoju ducha ,spaloną ziemię i rosnącą tolerancję na własną destrukcję.
A kiedy w końcu kurz opadnie, człowiek i tak gdzieś z tyłu głowy wie, że gdy znowu przyjdzie samotność i mocniej przyciśnie... znowu da się zaprosić do tego samego tańca.