25/05/2026
Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że zostanę etatową płaczka-dokumentatorką własnych przyjaciółek, poprosiłabym o namiary na jego terapeutę, bo ewidentnie dawkował coś za mocno… i do tego jeździła po całej Polsce w tym celu…? Wolne żarty…
A jednak. Kiedy słyszę to sakramentalne, „planujemy ślub”, w moim mózgu natychmiast odpala się dziwaczny program. Ja już wtedy wiem. Wiem, że nie skończy się na uprzejmym „o, jak miło, gratulacje”. O nie. Ja w to wchodzę cała, z butami, z sercem na wierzchu i aparatem w pogotowiu. Przeżywam te pozy, te serwetki, styl, obrusy, odcienie bieli (umówmy się , dla panny młodej- ZWŁASZCZA tej konkretnej panny młodej, dekoracje to kwestia życia i śmierci).
I potem nadchodzi TEN dzień.
I ja, proszę Państwa, ryczę. Po prostu ryczę. Albo udaję, że nie ryczę. Gdybym stała tam jako zwykły gość, w cywilu, to żadna hurtownia chusteczek w tym kraju by nie nadążyła z dostawami.
Ale żarty na bok. Bo to jest, bez żadnego patosu, ogromny zaszczyt. Kiedy bliscy ludzie wpuszczają cię z obiektywem do swojego intymnego świata w tak ważnym momencie, to jest to rodzaj absolutnego zaufania. I ja wtedy staję na rzęsach. Daję z siebie wszystko, a nawet trochę więcej, niż mam w magazynie.
Kaszuby. Miejsce tak ładne, że aż trochę kłuje w dołku z zazdrości. Woda, zieleń, słońce , no, bezczelnie idealnie. I Oni. Tak potwornie zakochani, że aż to było magnetyczne. I o zgrozo , tak bardzo mi ufający. Był tam taki jeden moment, wiecie, ten kluczowy sekundy, którego za nic w świecie nie chciałam spaprać. Presja level hard. Ale... chyba się udało. Przeżyłam, oni przeżyli, aparat nie wybuchł.
Kochani Moi. To był spektakularnie piękny ślub. Wy wiecie, że ja Wam życzę MIŁOŚCI. Takiej przez duże „M”, która przetrwa wszystkie burze.
Love❤️