08/04/2026
Modelka na dziś w garażach to Yamaha YZF z linii R, która mimo różnych pojemności od 125cc do 1000cc są dość bliźniacze. Do tego stopnia, że wielu nie odróżnia muszki pszczółki 125-tki od bardziej dorosłego motulka R6. Na zdjęciu Yamaha YZF-R125. Nigdy nie lubiłem jednośladów niskiej pojemności, pewnie przez to, że najniższą jaką miałem przyjemność jeździć miała 600cc i nigdy nie brakowało jej elastyczności, bo rakietowy napęd mógł moje spore białkociałko przemieszczać żwawo na drodze, ale nie po to by szaleć bo daleki jest od tego, ale by oddalić się od innych samochodów i mieć bezpieczny odstęp, no tylko że nie z tyłu za innymi, ale przed. Jak powiedziałem, nie lubiłem 125cc. Czułem się nie pewnie, ponieważ nawet odczucia z powodu proporcji mojej własnej masy do motoru i jego masy była mocno odczuwalna, a w takich przypadkach pamięć mięśniowa robi swoje. Jak już musiałem jechać na 125cc to czułem się jak w oślej ławce- ona mała, ja wielki. Przyspieszając czasem miałem wrażenie że motor dostanie pode mną przepukliny. Ale dostałem w ręce pierwszy raz właśnie ten model 125cc . Pierwsze co mnie uderzyło, to gabaryty, właśnie tego jakby dorosłego motocykla. moje ciało poczuło sie jak na 600-tce. Po odpaleniu w garażach, okazało się że ten nie oryginalny, ale spełniający normy tłumik powoduje, że motor jest głośniejszy od Forda Mustanga 5.0 w wersji BULITT , 480KM. To brzmi jak żart 120mililitrów przystawione do 5 litrów, swoim basem wybija szyby i włącza alarmy w autach 🫣. To czym mnie zaskoczył ten motorek, to nie tylko gabarytem, ale także jego właściwościami jezdnymi, tym jak zachowuje się na drodze, przez co bliżej mu w tym do większych pojemności, a co za tym idzie, młody kierowca może nauczyć się więcej i nabyć odpowiednich minierów w swojej pamięci mięśniowej, nim kiedyś przesiądzie się na większe pojemności.
Takie są moje wrażenia, z tego moturka.