13/08/2026
Wczoraj będąc w górach miałam rozmowę, podczas której uświadomiłam sobie, że często patrzymy na siebie, jako kobiety, przez pryzmat zrobionych zdjęć.
To znaczy - zakładamy że (pisze my, bo tak jak i Tobie może się zdarza, zdarza się też mi) skoro na zdjęciu wyszłyśmy brzydko, to znaczy że na żywo też wyglądamy brzydko.
Oddajemy władzę zdjęciom i temu jak na nich wyglądamy, a przecież to jest tylko wycinek rzeczywistości.
Mówię tu np. o sytuacji, w której ładnie się ubrałyśmy, pomalowałyśmy po czym zrobiłyśmy sobie selfie lub poprosiłyśmy kogoś bliskiego o zrobienie nam zdjęcia i okazuje się, że na tym zdjęciu już nie wyglądamy tak, jak się czułyśmy w rzeczywistości.
I skoro na zdjęciu źle wyszłyśmy to tak jest, prawda?
Dla mnie tworzenie zdjęć to odpowiednie ustawienia aparatu, światła i pozycji. Już nie spoglądam na brzydkie zdjęcie i myślę, że to oznacza, że ja jestem brzydka. Po prostu złożyło się na to ujęcie wiele niekorzystnych czynników - zły kąt, zła ekspozycja czy światło, które pogrubiło/zniekształciło mnie a nie, że ja tak wyglądam ZAWSZE.
Dlatego można zrobić zdjęcie, na którym będziemy czuły się jak gwiazdy albo jakbyśmy dopiero co wstały z łóżka.
Moje podsumowanie brzmi - jeśli dobrze się czujesz tak, jak wyglądasz to nie oddawaj sprawczości jednemu zdjęciu, które wyszło przez złe światło czy złe ustawienia aparatu 🫶🏻
Macie czasami takie odczucia, które opisałam?