12/05/2024
Byłam w tym roku w Miami. Wylądowałyśmy na lotnisku jakoś pod wieczór tamtejszego czasu, gotowe by poczuć w środku naszej zimy 77 stopni Fahrenheita, czyli nasze 25. Kolejka do kontroli na półtorej godziny, wystarczająco by przecięły się ścieżki i historie ludzi, którzy w niej stanęli.
Jest więc chłopak, jakoś po trzydziestce może, broda, kilka tatuaży, raz po raz zerka na zdjęcie swojej kilkuletniej córki na telefonie. Przyjechał do pracy, na trzy miesiące, nie wie do końca co to za praca, ale ma nadzieję, że będzie dobrze, przecież musi być. Noc spędzi na lotnisku, autobus ma o 7:00 rano następnego dnia, a potem w dalszą drogę. Była też para, jakoś między 40-stką a 50-tką, uśmiechnięci, on wielki i brzuchaty, ona drobinka. Ktoś ich odbierze z lotniska. Oboje bez znajomości angielskiego, ale z jakąś wielką nadzieją w głosie. I byłyśmy my, dwie dziewczyny, aż głupio głośno mówić - na wakacje, bo lubimy, bo chcemy, bo fajnie poznać kolejny skrawek świata, potem sobie może jeszcze zdrapiemy na mapie zdrapce kolejny kraj.
Następnego dnia zaczęłyśmy eksplorować miasto. Skoro świat otwiera się przed nami - idźmy. Wybrałyśmy spacer, trochę nietypowo, bo Miami to miejsce, gdzie wszyscy poruszają się samochodami. Jest niedziela, około południa, okolica opustoszała, w niektórych miejscach ani żywej duszy. Budowy, kable, trochę śmieci na ulicy, szaro buro i puste foodtracki. Trochę dziwnie. Trochę koloru wywołanego przez zaglądające przez chmury słońce, im bliżej Wynwood tym więcej koloru.
Czy byłam rozczarowana? Nie. Tylko ciekawa, co się wydarzy dalej i jaką twarz pokaże nam Miami.
Miami Part 1