24/01/2020
Eurotrip Słwenia 2017 - #16 Bovec i dolina Soczy - na słodko i gorzko...
Gorzko dlatego, że to już ostatni odcinek tej serii. Odrobinę zwlekałem z publikacją nie tylko ze względu na nagromadzenie spraw ale też z żalu, że to już koniec.
Natomiast słodko bo był to moim zdaniem jeden z najpiękniejszych dni tego wyjazdu.
Bazą wypadową było miasteczko Bovec, niby niewielka miejscowość ale zagęszczenie firm oferujących wszelaką ekstremalną aktywność sportową na kilometr kwadratowy pozwalała się domyślać, że coś tu jest na rzeczy. Rafting, Canyoning, kajaki, paralotnie, eksploracja jaskiń a także bardziej pospolite aktywności jak treking, górskie wycieczki rowerowe czy narciarstwo skupione na jednym obszarze.
Pani w informacji turystycznej oceniła planowaną przez nas trasę na 3,5 godziny. Niby niewiele ale w planach była jeszcze wycieczka nad wodospad po powrocie. Ruszyliśmy dziarsko drogą wyjazdową z planem szybkiego złapania stopa. Kilka kilometrów marszu boleśnie zweryfikowało nasz plan i podkopało odrobinę przekonanie o jego słuszności. Na szczęście zabrał nas miły Słoweniec prowadzący w okolicy pensjonat. Dziwił się nawet, że tak długo nikt nas nie chciał zabrać.
Kilka kilometrów pięcia się serpentynami w górę doliny i byliśmy w miejscu startu wycieczki. Malutki kościółek, sklepik, kilka domów wciśniętych w wąską wstęgę dna doliny pomiędzy stromymi ścianami gór a korytem rzeki. Ruszyliśmy szlakiem wzdłuż brzegu.
Socza jak kobieta, zmienną jest. Czasem płynie nieśpiesznie szerokim korytem by za chwilę za zakrętem zmienić się w wartki górski potok z hukiem przeciskający się pomiędzy skałami tworząc kaskady i wodospady. Jedyne co niezmienne to jej niesamowity szmaragdowy kolor.
Szlak prowadzi w dół rzeki wielokrotnie przechodząc raz z jednej, raz z drugiej strony. Po drodze jest wiele mostków i przepraw. Najbardziej emocjonujące są te przerzucone kilkanaście metrów powyżej kipiących kaskad. Jedno jest pewne. Szlak warty jest przejścia i ani przez chwilę nie można go nazwać nudnym. Każdy zakręt rzeki, każde przejście na drugą stronę otwiera nowy widok na samą Soczę a także otaczający ją zewsząd ogrom gór.
Mimo zapewnień pani z informacji szlak zajął nam praktycznie cały dzień. Po części dlatego, że nagromadzenie zachwycających miejsc było tak duże, że nie sposób było oderwać ręki od spustu aparatu. Ze wstępnie szacowanych kilku kilometrów też w sposób magiczny zrobiło się kilkanaście. Ale było warto bo każdy z nich obfitował we wspaniałe widoki, a jesienne słońce cały czas przyjemnie otulało nas ciepłem...
Smutno trochę kończyć taką opowieść. Tak samo jak smutno było wyjeżdżać. Był to jednak niezapomniany czas, niezapomniane widoki i trzeba być wdzięcznym że udało się tego doświadczyć i tak wiele zobaczyć.