20/05/2026
Nordowidnik N°3
Od kilku lat piszę Kaszuby wizualnie. Rozglądam się, aktualnie badam tutejszą architekturę zrębową, sprawdzam linie napięć. Jako Kaszëba wychowałem się w cieniu tutejszego diabelstwa i zawsze lubiłem tę bliską obecność. Tutejsze demony nie karmią się strachem. Diabeł na Kaszubach to raczej kumpel zza płotu, stały element krajobrazu, ktoś, kogo od małego zna się z imienia i wad. Choćby Jerk, Damk, Pikón, Smãtk, czy Pùrtk, który odpowiada za swary i jarmarczne pierdzenie, oraz Srela, łobuz od srania i brudzenia. Po prostu są. Noszą ludzkie rysy, czerwone gęby i wielkie zęby, z którymi trzeba żyć za pan brat.
6 lipca 2024 roku w Kościerzynie, podczas XXV Światowego Zjazdu Kaszëbów, to domowe diabelstwo wyszło masowo na ulicę. Tłum wybił wtedy oficjalny rekord – zagrały czterdzieści trzy czorty jednocześnie. Ten diabeł na zdjęciu to właśnie jeden z nich. Na kościerskim bruku blaszki przy rondzie jego kapelusza robiły raban, folk i jarmark.
XIX-wieczni niemieccy etnografowie opisywali te idiofony jako teufelsgeige albo brummscheit. W kronikach nazwano je krótko: „lärmwerkzeug – narzędzie do czynienia zgiełku, pozbawione jakiejkolwiek wartości harmonicznej”. U zarania ten sprzęt nie miał grać – miał ryczeć na granicy wsi, żeby samym hałasem odgonić śmierć i upiory.
Ta prostota to jednak pozór – sama gra jest diabelsko trudna. Wymaga jednoczesnego ogarnięcia dwóch światów: wertykalnego uderzenia całego kija o ziemię i horyzontalnego szurania ząbkowanym smyczkiem w poprzek strun (w zasadzie: drutów). Ten zgiełk ma swoją matematykę.
A potem tłum i muzykanci ruszyli do kościoła. Na dole kilka tysięcy Kaszëbów, na górze kilkunastu instrumentalistów. Oddali strefę muzyczną organom – to był czas celebracji śpiewaczego chóru, a kapela ładnie położyła swoje dęciaki, skrzypce, akordeony i bębny na ławkach. Wszystkie instrumenty zasłużyły, by tam posiedzieć.
Diabła jednak nie wpuścili. Został sam, oparty o zieloną, metalową barierę klatki prowadzącej na chór. Z tą swoją wyciosaną maską, kozią brodą i kapeluszem w gwiazdki. Blaszki zamarły w kościelnym bezruchu. Pomyślałem wtedy: zabawne, diable, do kościoła nie wejdziesz. Strefa świętości dobrze pamięta, kogo zostawia się za drzwiami. Organy i ludzkie głosy drżały tam w górze, a ten jeden z czterdziestu trzech czortów przysłuchiwał się stłumionym głosom rozmodlonych, które dochodziły do niego zza drewnianych drzwi.