18/11/2025
Trochę czasu minęło, ale wreszcie mogę pokazać Wam część trzecią ;)
To taka historia, którą lubię szczególnie: ślub na wiosnę, sesja poślubna w ostatnich podrygach lata, prawie jesienią… a publikacja dopiero teraz, gdy poranki są już łapane przez zimową panią w lodowe szpony.
I właśnie dlatego wszystko układa się w piękny ciąg.
Spotkanie z Kingą i Fernando było po prostu przyjemnością.
On — temperament, uśmiech i te ogniki w oczach, gdy tylko patrzył na Kingę.
Ona — delikatna, trochę nieśmiała, ale z ciepłym, szczerym uśmiechem. Zakochana. Tak po prostu — w nim.
Zabrałem ich więc, jak to mam w zwyczaju, na małą wycieczkę po okolicy. Pokazałem miejsca, w których sam lubię bywać. Zrobiliśmy spacer, a przy okazji… kilka zdjęć. Tak zwyczajnie.
Jesienne liście otuliły ich kolorami, słońce raz się pojawiało, raz chowało za chmurami, tylko po to, by za chwilę znów przebić się prosto w obiektyw. Lubię taki klimat — niby nieprzewidywalny, ale zawsze naturalny.
Przy okazji powtórzyłem jedno zdjęcie sprzed… hm, chyba dwóch dekad. Przypomniało mi się nagle, tak po prostu, gdy byliśmy w tamtym miejscu. Które to zdjęcie?
Tego nie zdradzę ;)
W fotografii chodzi przecież o odrobinę tajemnicy — o to, by nie wszystko mówić wprost, tylko zostawić przestrzeń do domysłów.
Wiecie, najbardziej lubię fotografować właśnie tak: idąc, rozmawiając, bez presji pozowania. Bo wtedy jest naturalnie. Prosto.
Miłego oglądania.
A ja? Ja bawiłem się podczas tej sesji świetnie. Dziękuję :)