Janusz Kolondra Photo

Janusz Kolondra Photo Fotografia portretowa i reportażowa w wymiarze bardziej i mniej komercyjnym.

W poprzednim poście wspomniałem, że Darjeeling położone jest na szczycie wzgórza otoczonego zewsząd ogrodami herbacianym...
26/06/2026

W poprzednim poście wspomniałem, że Darjeeling położone jest na szczycie wzgórza otoczonego zewsząd ogrodami herbacianymi. Znajdują się one nie tylko w bezpośrednim sąsiedztwie miasta, ale również dalej, ponieważ herbatę uprawia się w całym regionie. Grzechem jest, w takim razie, nie skorzystać z tych uroków i nie wybadać jak wyglądają ogrody herbaciane bez miasta w tle.

Ruszamy więc w drogę. Do celu zabiera nas oczywiście lokalny środek transportu czyli dżipotaksówka zbiorcza, która ostrożnie pokonuje stromą drogę w dół. Droga wije się pomiędzy zaroślami i ogrodami herbacianym, a my z każdym metrem coraz bardziej odczuwamy zmianę temperatury. Piętnaście kilometrów dalej i tysiąc czterysta metrów niżej chłodny, deszczowy klimat ustępuje gorącemu i deszczowemu.
Efektami tej skromnej wycieczki dzielę się poniżej.

Darjeeling jest położone spektakularnie. Otoczone jest zewsząd intensywnie zielonymi górami, które w porze monsunowej sp...
16/06/2026

Darjeeling jest położone spektakularnie. Otoczone jest zewsząd intensywnie zielonymi górami, które w porze monsunowej spowija gęsta warstwa chmur i mgły. Ba, samo miasto jest położone na szczycie jednej z tych gór i w sezonie jesienno-zimowym chełpi się panoramą na najbliższą część Himalajów z Kanczendzongą na czele. Darjeeling byłoby jak mityczna, elficka kraina gdyby mistyczności krajobrazu dopełniała misterność architektury, ale nie dopełnia ponieważ zabudowania to w większości betonowe klocki zajmujące coraz to dalsze połacie górskiego grzbietu. Ten kontrast sprawia dosyć kosmiczne wrażenie i przypomina widoki południowo-amerykańskich faweli, które w podobny sposób wgryzają się coraz głębiej w gęstą, zieloną roślinność, pnąc się zboczami wzgórz. Miasto, rzecz jasna, nie jest fawelą, a raczej typowym azjatyckim rozrostem urbanistycznym z wąskimi uliczkami i plątaniną kabli.
Darjeeling jest ostatnim większym przystankiem dosłownie przed końcem świata. Jest bowiem wrotami do drugiego najmniejszego indyjskiego stanu -Sikkim- wciśniętego pomiędzy Nepal i Bhutan. Ten mały skrawek Himalajów, z trzecią największą górą świata, od północy dzieli granicę z Chinami. Właśnie o skrawek tego skrawka końca świata, parę lat temu, walki na pałki i kamienie toczyli chińscy i indyjscy pogranicznicy.
Wracając do przedsionka końca świata. Żeby tam dotrzeć, trzeba udać się pociągiem prawie tysiąc pięćset kilometrów do miasta Siliguri. Stamtąd do celu zabierze nas dżipotaksówka zbiorcza, która na odcinku sześćdziesięciu kilometrów pokona gwałtownie wznoszący się teren i wgramoli się na wysokość dwóch tysięcy metrów. Ciekawostką jest fakt, że na tym odcinku operuje też kolej wąskotorowa, wybudowana jeszcze w XIXw. przez Brytyjczyków, a jeżdzą nią lokomotywy parowe. Na kolejne stacje w drodze do Darjeeling zajeżdżają więc buchające parą lokomotywy. Prawdziwy dziki zachód wschód.
Darjeeling nie można odmówić klimatu, mimo że przez 90% spędzonego tam czasu piękne widoki przesłaniała nam mgła, a panoramy Himalajów właściwie nie dane nam było zobaczyć. Gęsto zielona, deszczowa kraina z azjatyckim chaosem miała swój urok wzbogacony przez mieszankę różnych akcentów kulturowych w regionie. Najczęsciej słyszanym językiem był nepalski, jako że Ghurkowie są najliczniejszą grupą etniczną. Hinduizm jest najbardziej rozpowszechniony, ale po okolicy jest rozsianych kilka monastyrów buddyjskich, które skryte we mgle, dodają wysokogórskiego wrażenia. Oczywiście nie bez znaczenia była też obecność brytyjska, po której oprócz wcześniej wspomnianej kolei parowej, pozostało kilka kościołów i społeczność chrześcijan.
Ogólnie rzecz biorąc, miasto okazało się dla nas chwilą wytchnienia od wilgotnych upałów pory monsunowej, która dawała nam się we znaki w Delhi, a później, zjechawszy dwa kilometry niżej, przez całą resztę podróży.

Czas mija jak z bicza strzelił. Ani się człowiek obejrzy, a z pustynnych wypalonych krajobrazów ląduje z powrotem w Pols...
18/05/2026

Czas mija jak z bicza strzelił. Ani się człowiek obejrzy, a z pustynnych wypalonych krajobrazów ląduje z powrotem w Polsce. Mrugnie dwa razy powiekami i już mija miesiąc. Dlatego też przyszedł czas na małe podsumowanko jakże krótkiej, choć obfitującej we wrażenia, podróży.

Krótka to była wycieczka, zaledwie tygodniowa, w czasie której objechaliśmy kołem ledwie wycinek południowej Tunezji. Po raz kolejny przekonałem się, że warto podchodzić do takich wyjazdów bez większych oczekiwań i zostać mile zaskoczonym. Tunezja dołącza zatem do grona krajów, wobec których oczekiwania były male, albo wcale, a ostatecznie dała całkiem sporo.

W ciągu tego tygodnia można się przejechać do pustynnego miasteczka Douz, uznawanego za bramę Sahary. W okolicy podziwiać złociste wydmy pustyni i dostroić się do powolnego rytmu życia.
W okolicach miasteczka Matmata można poczuć się jak Berberzy śpiąc w tradycyjnych, wydrążonych w ziemi, niczym szerokie studnie, domostwach. Spędzanie czasu na krzesełkach wewnątrz tychże szybów, kiedy nad głową hula pustynna wichura, to bardzo relaksujące doświadczenie. Nieopodal można podziwiać wsie o bardzo jednolitej i spójnej zabudowie, jak współgrają z otaczającym je krajobrazem. Jednocześnie przekonujemy się na własne oczy, że najczęstszym gościem w tych miejscach jest wiatr; wyludnianie się mniejszych miejscowości na rzecz miast to globalny trend. Następnie miasto Tataouine i okolice. A w nich ksary, czyli dawne magazyny zboża i berberyjskie osady. Ufortyfikowane struktury zwieńczające szczyty piaskowych i wapiennych skał przypominające biblijną wieżę Babel.
W gruncie rzeczy niewielki obszar, niby wszędzie pustynia, a jednak każdy region zawierał jakiś inny element. A to (niemal) wszystko publicznym transportem: taksówkami zbiorczymi na osiem osób, zwanymi Louage, kursującymi nie według rozkładu, a kiedy się zapełnią. Było klawo chociaż stópki w morzu nie zostały zamoczone.

Rzadko fotografuję kwiaty. Ale w tym wypadku zrobiłem wyjątek, ponieważ magnolie definiują Cieszyn o tej porze roku i na...
19/04/2026

Rzadko fotografuję kwiaty. Ale w tym wypadku zrobiłem wyjątek, ponieważ magnolie definiują Cieszyn o tej porze roku i należy im się zrobić zdjęcia przynajmniej raz.

Druga część zdjęć do poprzedniego posta z Żywieckich Godów w Milówce sprzed dwóch tygodni.Beskid Żywiecki i Śląski oraz ...
09/02/2026

Druga część zdjęć do poprzedniego posta z Żywieckich Godów w Milówce sprzed dwóch tygodni.

Beskid Żywiecki i Śląski oraz Mały

Żywieckie Gody, które odbyły się dwa tygodnie temu w Milówce, było słychać już z daleka. Donośne trzaski batów, smagając...
08/02/2026

Żywieckie Gody, które odbyły się dwa tygodnie temu w Milówce, było słychać już z daleka. Donośne trzaski batów, smagające mgliste, mróźne powietrze, nie pozostawiały wątpliwości, że ulice wypełnił barwny orszak kolędników, aby - zgodnie z tradycją - symbolicznie powitać nowy rok. Jukace i Pachołki - to właśnie te dwie grupy kolędników są odpowiedzialne za głośne strzelanie batami, co ma za zadanie odpędzić złe duchy. Żywieckie Gody są powiązane z Dziadami Noworocznymi. Te z kolei są wielowiekową, ludową tradycją, której dokładny początek nie jest do końca znany. Przypuszcza się, że sięga czasów króla Jana Kazimierza. Jest obchodzona w dolinie rzeki Soły, czyli w samym Żywcu oraz wsiach, położonych na południe od miasta. To właśnie tam, grupy kolorowych dziadów składają wszystkim życzenia, są zapowiedzią pomyślności w nowym roku i zwiastują nadejście wiosny. Niegdyś, Dziady Noworoczne są obchodzone w ostatni dzień starego roku i w Nowy Rok, natomiast Żywieckie Gody są serią wydarzeń, mających miejsce na przełomie stycznia i lutego.
Wśród kolorowej procesji kolędników można zauważyć grupy różniące się strojem, rekwizytami i charakterem. Przebrania nie są przypadkowe, a kolędnicy pieczołowicie odgrywają przybraną postać, związaną z codziennym życiem, przyrodą lub lokalną mitologią. Spośród wielu postaci wyróżnić możemy:

Wspomniani na początku Jukace, zwani też dziadami żywieckimi:
Wywodzą się z samego Żywca-Zabłocia i mają swoją określoną hierarchię, na czele której stoi kasjer ubrany na czerwono. Nie każdy od razu może przywdziać strój Jukaca, ponieważ do tego wyróżnienia wiedzie kilka etapów, w czasie których kolejno trzeba Jukacom towarzyszyć jako Baba, a następnie Diabeł lub Kominiarz.
Pozostałe postacie wywodzą się z wsi położonych na południe od Żywca i są to:
Żyd- postać w długim kapeluszu i masce rzeźbionej w drewnie lipowym. Nosi ze sobą walizkę, w której prowadzi biznes.
Dziechciorz- byli to najczęściej Słowacy lub Węgrzy handlujący dziechciem, postać często upodabniająca się do Żyda.
Cygan z Cyganką- czasami z twarzami pomalowanymi na czerwono, z dzieckiem na plecach.
Kominiarz- ubrany i pomalowany na czarno, symbol szczęścia, smaruje sadzą twarze dziewcząt żeby szybciej wyszły za mąż.
Żołnierz albo Komendant- występuje w stroju przyozdobionym orderami, dowodzi kompanią dziadowską.
Młoda Pani- pojawia się w białej sukni, na szyi ma zwieszoną skarbonkę.
Ksiądz- symbol szacunku i władzy.
Policjant- często w stroju milicjanta, symbol władzy.
Pachołek- wspomniana wcześniej postać z batem, którego trzaskaniem odpędza złe duchy.
Górale- ich zadaniem jest przygrywanie kolędnikom.
Macidula- sznurkorz lub strzepiorz, którego strój składa się z kolorowych frędzli. Jego rekwizytem jest wypchany królik, którym okłada napotkane osoby.
Diabeł- psotnik, często w parach, gdzie jeden jest czarny, a drugi biały.
Śmierć- postać w białym prześcieradle z kosą w rękach.
A także koń oraz niedźwiedź- w trakcie obrzędu symbolizują odradzającą się przyrodę.

Beskid Żywiecki i Śląski oraz Mały
Beskidy

Zimowa aura na Baraniej Górze vol. 2
04/12/2025

Zimowa aura na Baraniej Górze vol. 2

Barania Góra sprzed dwóch lat. Bez widoków na okoliczne góry, ale ten klimat... jakby z mgły zaraz się miało coś wyłonić...
03/12/2025

Barania Góra sprzed dwóch lat. Bez widoków na okoliczne góry, ale ten klimat... jakby z mgły zaraz się miało coś wyłonić. Totalnie kojarzy mi się z "Coś" Carpentera.

Czasem pejzaż, czasem ulica. I tak się powoli żyje na tej wsi. Początkiem listopada wiedziony nagłą potrzebą udokumentow...
01/12/2025

Czasem pejzaż, czasem ulica. I tak się powoli żyje na tej wsi. Początkiem listopada wiedziony nagłą potrzebą udokumentowania życia ulicznego udałem się do Katowic. Pogoda była piękna, słońce powolutku chyliło się ku zachodowi, a więc dawało długie i wyraziste cienie. Światło boczne albo tylnie. Takie żech chcioł.

Adres

Cieszyn
43-400

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Janusz Kolondra Photo umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Janusz Kolondra Photo:

Skróty

Udostępnij