11/07/2024
Dziś 81. rocznica ludobójstwa dokonanego na Polakach na Wołyniu.
Nie pozwólmy zapomnieć o ofiarach tej strasznej zbrodni...
Zapraszamy do przeczytania poniższego tekstu:
WOŁYŃ
Lato 1943 na Wołyniu było upalne a zboża zaczęły się złocić wcześniej. Wojna wszędzie wszystko zmieniała i tam też. Największa zmiana dotyczyła ludzi i ich myślenia, ludzie stali się mniej uprzejmi bardziej podejrzliwi, śmiech człowieczy kiedyś powszechny stawał się powściągliwy i bardziej pilnowany. Strach przenikał duszę, do tego dochodziła niepewność jutra, wielu zastanawiało się co dalej będzie i nie znajdowało odpowiedzi.
Jakoś trzeba żyć przecież.
Niemcy do wsi zaglądali rzadko, chyba że mieli jakąś sprawę, pojawiali się tam na krótko i znikali, taka cicha wieś, niczym szczególnym się nie wyróżniająca, pospolita jakich wiele na Wołyniu. Centrum wioski stanowił zadbany kościółek średnich rozmiarów i karczma gdzie toczyło się życie towarzyskie, paręnaście domków chaotycznie rozrzuconych i to wszystko. Ludzie nazywali swoje miejsce Ostrówką.
Mieszkali tu wspólnie Polacy, Ukraińcy, Żydzi.
Las był opodal, gęstwinę od pól przynależnych do wisi oddzielała dróżka, uczęszczana częściej latem przez miejscowych, będących na swoich polach.
Słońce schodziło niżej, ludzie patrzyli w niebo w chwilowym bezruchu i mówili sobie „wystarczy na dziś”. Na chwilę leśna dróżka stawała się gwarna, ale głosy były cichsze i mniej intensywne, pozbawione energii, bardziej oszczędne.
Drogą szedł Jan, powoli niby to nie znając celu podróży. Liczył sobie 33 lata, głowę jego zaczęły zdobić rzadko pojawiające się siwe włosy. Założył białą koszulę, prawie czystą, sam sobie prał, bufiaste spodnie i oficerki po ojcu, trzymały się dobrze jak na swoje lata. Rodzice odeszli, żył w domu sam. Ojciec Krzysztof Konarski bił się w legionach jako sierżant za rodzącą się Polskę. Dwa lata temu zapalenie płuc zakończyło jego życie. Matka Julia umarła wcześniej.
Dziura w spodniach mała, włożył tam palec, „a przecież nie zauważy”, zaszyje później.
Leciutki wiaterek poruszał łanami pszenicy, cudownie wyglądało falujące zboże. Działało ono na Jaśka uspokajająco i tworzyło spokojną harmonię. Urwał jeden kłos roztarł go w dłoni, dmuchnął by zostały tylko ziarna, „jeszcze trochę”. Będzie czekał na Nią obok krzyża, porozmawia gdy będzie schodziła z pola.
Anka była inna niż wszystkie. Jej mąż nie wrócił z wojny roku 1939. Dla teścia był świetnym kandydatem na męża córki, miał 10 morg pola a to było już coś. Gdy był pijany nigdy nie zapomniał oskarżać Ankę o to co było, „i po coś pozwoliła Kaziowi iść na wojnę szmato”. Jakby to zależało od niej. Na te nowiny ludzkie Janek zaciskał zęby aż napinała się skóra na twarzy, mówił, „zawsze co rano podaje Ci śniadanie rękami kiedy leżysz po wczorajszym osłabły – capie”.
Pamiętał jak kiedyś w karczmie jej pijany tatuś wyzywał właściciela, tamtejszego Żyda Joselewicza. On siedział wtedy w tej karczmie i wszystko widział, kiedy przyszła i próbowała Go zabrać do domu. Wtedy spojrzała na ułamek chwili w Jego oczy, ale tak jakoś strasznie smutno. Do oczu napłynęły Jej łzy, subtelne usta wyszeptały, „choć tato wystarczy”. Wtedy Ją uderzył, zatoczyła się, „lepiej byś opiekowała się małym Andrzejkiem a nie łaziła za mną”. Janek zerwał się do Niej, powszczymała Go ruchem ręki, „nie trzeba”. Od strony stołów dobiegały śmiechy zachęty, „dobrze tak trzeba trzymać krótko”.
Przy stole siedziały Kaśka i Maryla otoczone wianuszkiem adoratorów. Ruchliwe blond główki rozdawały uśmiechy przybyłym. Chichotały przy lada jakim żarciku byle być tylko w centrum zainteresowania.
Na drugim końcu karczmy siedzieli Ukraińcy, od pewnego czasu tylko w swoim kręgu. Przyciszone głosy nie zdradzały nadmiernej towarzyskości. Zaciśnięte i poważne usta starały się jakoś wypowiadać tylko potrzebne słowa. Szybkie spojrzenia na polską stronę karczmy zdradzały jakieś napięcie wiszące w powietrzu.
Droga mijała do krzyża niedaleko. Tam będzie czekał. Z przeciwka szedł Ukrainiec Chrychora, zobaczył Janka, pomimo słusznych lat przyspieszył kroku. „Dzień dobry panie Chrychora”, tamten nie odpowiedział, czyżby nie słyszał ? Pozdrowienie było powiedziane wyraźnie i głośno, staruszek lekko pochylił głowę, zawsze lubił patrzeć w twarz Swoimi mądrymi oczami, a teraz nie, może jest chory każdemu przecież wolno. Minęli się, Janek już nie widział jak po pomarszczonej przez upływ czasu twarzy spływała łza, wybrała sobie trudną drogę.
Jest i krzyż, strasznie się postarzał, miał jeszcze ślady piękna, ciosany z drewna , miał może ze dwa metry a ukrzyżowany Chrystus wydawał się jeszcze bardziej smutny i tylko gwoździe trzymały mocno ukrzyżowaną postać. Przegniła dolna belka krzyża spowodowała że bardo przechylił się na lewą stronę. Jest i data ledwie czytelna to będzie chyba, tak to rok 1863. Janek patrzył „Trzeba Cię naprawić żebyś się nie przewrócił”.
Opodal rosło to drzewo, poskręcane grube korzenie były niczym małe stołeczki do siedzenia, szeroka kora porośnięta mchem stanowiła oparcie dla pleców jak jakaś poduszka. Potężne konary przystrajały liście, upływ czasu jeszcze nie mógł zabrać piękna drzewu. Tu będzie czekał na Nią. Minęła chwila jest to Ona, idzie powoli jeszcze daleko, jeszcze twarz niewyraźna. Oczywiście nie spojrzy w stronę skąd idzie, patrzy na liście delikatnie poruszane wiatrem jakby to było teraz najważniejsze. Porozmawia z Nią zupełnie przypadkiem tak od niechcenia. Jest już blisko, też wydaje się że Go nie widzi, jest zmęczona z lekko pochyloną głową, twarz pokrywa polny kurz, jaśniejsze ślady wyżłobił pot. Nie, przecież nie mogą się minąć tak bez słowa, przecież przyszedł tu dla Niej. Pod nogą Anki chrupnęła złamana gałązka i popatrzyli na Siebie jednocześnie. Powoli usta i oczy zmieniały się, jakby się widzieli pierwszy raz.
- „Cześć, może odpoczniesz, wyglądasz na zmęczoną”,
- „Cześć, trzeba było powiedzieć zaszyła bym Ci tą dziurę w portkach”, a miała nie zauważyć, szczegóły przed Anką nie mogły się ukryć.
- „Wiesz zrobiłem tą dziurę specjalnie, to jest moja ulubiona dziura”.
Po pierwszych uprzejmościach, usiadła obok Janka. Cień drzewa łagodził słowa, które stały się teraz cichsze i spokojniejsze. Słuchali się nawzajem, rozmawiali o rzeczach przyziemnych i bardziej wzniosłych i tych które może kiedyś będą. Było że nic do siebie nie mówili, milczeli, siedzieli obok siebie i czuli się że Sobą dobrze. W dali widzieli zadbany kościółek. „Wiesz jutro ojciec ma zabrać Andrzejka na poranną mszę”.
Miała pójść do domu, siedziała tu za długo, ma jeszcze tyle zrobić. Zmęczenie ogarnęło Ankę, sen skleił powieki, głowa łagodnie oparła się o ramię Janka. Ten przytulił i pocałował kochaną głowę, pewnie nawet nic nie poczuła.
Obudziły ich wrzaski, przekleństwa, hałas tuczonego szkła, przez wybite szyby wrzucano granaty. Palił się kościół z ludźmi w środku. Budynek otoczyli Ukraińcy rożnie uzbrojeni, niektórzy mieli broń inni siekiery jeszcze inni widły bądź kłonice od wozów. Kilku ludzi wyszło z kościoła, błagało o litość. Dowódca akcji wskazał palcem grupkę, w ich stronę rzucili się wyznaczeni ludzie, „na tych niemarnowań amunicji”.
Kilka chwil wystarczyło by uśmiercić wszystkich. Anka rzuciła się w stronę kościółka, szybszy był Janek złapał Ją i trzymał. Zapasy trwały chwilę, był silniejszy, szamotała się jak ptak złapany w klatce,
- "tam jest mój syn i ojciec”,
- "nic nie możesz zrobić, rozumiesz ?"
Z oczu Jej popłynęły łzy, On też płakał, „nic nie możesz zrobić kochanie”, pierwszy raz tak do Niej powiedział. Przytulił Ankę mocno, osunęła się w Jego ramiona. Wziął Ją na ręce, w tym miejscu też nie było bezpiecznie, skierował się w głąb lasu. Przydrożny Chrystus też wszystko widział.
Autor tekstu:
Mariusz Korzeniowski
członek stowarzyszenia Ad Arma Polonia