10/05/2026
PAMIĘTNIK KOTA ZBYLUTA
Trochę już minęło. Zwykle mija. Dni zlewają się w jedną wielką egzystencjalną kuwetę, w której człowiek liczy rachunki, a kot saszety. Raz są. Raz ich nie ma. A gdy się kończą, zaczyna się prawdziwy dramat cywilizacyjny. Upadek imperiów wyglądał pewnie podobnie — tylko było mniej miauczenia.
Ale do rzeczy.
Dziś o 2:30 obudziło mnie jakieś ciśnienie. Nie wiem jakie. Kot nie musi wszystkiego rozumieć. Czasem po prostu budzi cię wewnętrzny głos mówiący: „Idź obudzić człowieka”. Być może chodziło o głód. Być może o potrzebę duchową. A może po prostu chciałem sprawdzić, czy Przemysław jeszcze żyje, bo od kilku godzin leżał nieruchomo niczym eksponat archeologiczny po upadku cywilizacji IKEA.
Postanowiłem więc działać.
Najpierw standardowa procedura alarmowa: okulary zrzucone na podłogę. Z rozmachem. Liczyłem, że wstanie i wdepnie w nie tak, jak kiedyś w moją kupę. Historia lubi się powtarzać, tylko ludzie nigdy nie wyciągają wniosków. Niestety — bez efektu. Chrapał dalej jak diesel odpalany zimą pod Biedronką.
Nie wstawał. Nadal nie wstawał.
Ale człowiek ma swoje słabe punkty. Wystarczy dobrze się rozpędzić i wylądować centralnie na środku łóżka — najlepiej w okolicach organów wewnętrznych — a podrywa się, jakby właśnie usłyszał, że urząd skarbowy wszedł mu na konto.
Wstał. Mamrotał coś, że mnie też zaraz strzeli. Ludzie mają bardzo dziwny sposób wyrażania miłości.
W ramach dalszych ćwiczeń bojowych zaczaiłem się za ścianą. Gdy tylko przekroczył próg drzwi, wyskoczyłem z klasycznym „MIAUORIMO!” i ceremonialnie wbiłem mu zęby w łydkę. Piękna akcja. Dynamiczna. Prawie kino akcji. Niestety efekt mizerny. Przeklął mnie tylko i poszedł dalej do łazienki jak stary paladyn cierpienia.
Potem nastąpił moment mistyczny.
Zostałem podniesiony ku niebu niczym święta Faustyna podczas objawienia, choć podejrzewam, że bardziej chodziło o to, że przeszkadzałem. Ja jednak widziałem to inaczej. Widzę dobrze w ciemności. On bez okularów widzi tyle co nic. Można wręcz powiedzieć, że g***o widzi, ale kultura internetu wymaga ponoć subtelności. Czego ludzie nie wymyślą, żeby utrudnić opisywanie rzeczywistości.
Dostałem smaczki. Oby bez konsekwencji jelitowych.
Potem wybiła 5:50. Uznałem, że trzeba opuścić lokal. Balkon sam się przecież nie otworzy. Podszedłem więc metodą dyplomatyczną: twarz blisko twarzy, delikatne „miau”. Brak reakcji. Typowe dla gatunku ludzkiego. Ignorują ostrzeżenia aż do katastrofy.
Pomogłem więc łapą.
Wstał niczym zombie z taniego horroru. Otworzył balkon. Wyszedłem. Powiało.
Wracam.
Idę spać.
On już nie śpi.
Ale to jego wybór. Skoro był na tyle nierozsądny, żeby wstać przed chwilą i teraz siedzieć jak duch potępiony nad kawą, to nie moja sprawa. Ja próbowałem pomóc. Kot robi, co może. Reszta należy do chaosu.