Zbylut Kot

Zbylut Kot Przygody z życia Zbyluta

PAMIĘTNIK KOTA ZBYLUTATrochę już minęło. Zwykle mija. Dni zlewają się w jedną wielką egzystencjalną kuwetę, w której czł...
10/05/2026

PAMIĘTNIK KOTA ZBYLUTA

Trochę już minęło. Zwykle mija. Dni zlewają się w jedną wielką egzystencjalną kuwetę, w której człowiek liczy rachunki, a kot saszety. Raz są. Raz ich nie ma. A gdy się kończą, zaczyna się prawdziwy dramat cywilizacyjny. Upadek imperiów wyglądał pewnie podobnie — tylko było mniej miauczenia.

Ale do rzeczy.

Dziś o 2:30 obudziło mnie jakieś ciśnienie. Nie wiem jakie. Kot nie musi wszystkiego rozumieć. Czasem po prostu budzi cię wewnętrzny głos mówiący: „Idź obudzić człowieka”. Być może chodziło o głód. Być może o potrzebę duchową. A może po prostu chciałem sprawdzić, czy Przemysław jeszcze żyje, bo od kilku godzin leżał nieruchomo niczym eksponat archeologiczny po upadku cywilizacji IKEA.

Postanowiłem więc działać.

Najpierw standardowa procedura alarmowa: okulary zrzucone na podłogę. Z rozmachem. Liczyłem, że wstanie i wdepnie w nie tak, jak kiedyś w moją kupę. Historia lubi się powtarzać, tylko ludzie nigdy nie wyciągają wniosków. Niestety — bez efektu. Chrapał dalej jak diesel odpalany zimą pod Biedronką.

Nie wstawał. Nadal nie wstawał.

Ale człowiek ma swoje słabe punkty. Wystarczy dobrze się rozpędzić i wylądować centralnie na środku łóżka — najlepiej w okolicach organów wewnętrznych — a podrywa się, jakby właśnie usłyszał, że urząd skarbowy wszedł mu na konto.

Wstał. Mamrotał coś, że mnie też zaraz strzeli. Ludzie mają bardzo dziwny sposób wyrażania miłości.

W ramach dalszych ćwiczeń bojowych zaczaiłem się za ścianą. Gdy tylko przekroczył próg drzwi, wyskoczyłem z klasycznym „MIAUORIMO!” i ceremonialnie wbiłem mu zęby w łydkę. Piękna akcja. Dynamiczna. Prawie kino akcji. Niestety efekt mizerny. Przeklął mnie tylko i poszedł dalej do łazienki jak stary paladyn cierpienia.

Potem nastąpił moment mistyczny.

Zostałem podniesiony ku niebu niczym święta Faustyna podczas objawienia, choć podejrzewam, że bardziej chodziło o to, że przeszkadzałem. Ja jednak widziałem to inaczej. Widzę dobrze w ciemności. On bez okularów widzi tyle co nic. Można wręcz powiedzieć, że g***o widzi, ale kultura internetu wymaga ponoć subtelności. Czego ludzie nie wymyślą, żeby utrudnić opisywanie rzeczywistości.

Dostałem smaczki. Oby bez konsekwencji jelitowych.

Potem wybiła 5:50. Uznałem, że trzeba opuścić lokal. Balkon sam się przecież nie otworzy. Podszedłem więc metodą dyplomatyczną: twarz blisko twarzy, delikatne „miau”. Brak reakcji. Typowe dla gatunku ludzkiego. Ignorują ostrzeżenia aż do katastrofy.

Pomogłem więc łapą.

Wstał niczym zombie z taniego horroru. Otworzył balkon. Wyszedłem. Powiało.

Wracam.

Idę spać.

On już nie śpi.

Ale to jego wybór. Skoro był na tyle nierozsądny, żeby wstać przed chwilą i teraz siedzieć jak duch potępiony nad kawą, to nie moja sprawa. Ja próbowałem pomóc. Kot robi, co może. Reszta należy do chaosu.

Kronika Kota Zbyluta – Wyspiarski żywotPodobno wyspiarskie życie służy czworonogom. Ktoś kiedyś tak powiedział, a człowi...
13/04/2026

Kronika Kota Zbyluta – Wyspiarski żywot

Podobno wyspiarskie życie służy czworonogom. Ktoś kiedyś tak powiedział, a człowiek – jak zwykle – uwierzył. I tak zostałem przewieziony.

Podróż? Emocje, adrenalina i odkrycie, że można poruszać się szybciej niż lecą ptaki. System się zawiesił. Ja – drapieżnik powietrza – nagle w roli pasażera. Niezręczne.

Głodny nie byłem, ale podali te całe „czokotubki”. Zjadłem. Nie dlatego, że chciałem — zjadłem, bo były. Modliłem się tylko do kociego bóstwa, żeby mnie nie przeczyściło, bo wizja kilku godzin jazdy w stanie… nazwijmy to „brązowego oświecenia” nie była częścią planu.

Prom? Nuda. Totalna. Jedyną atrakcją był maltańczyk, który szczekał na wszystko, jakby próbował wygrać konkurs na najbardziej irytujące istnienie pokładu. Rozważałem interwencję łapą, ale uznałem, że nie będę się zniżał do jego poziomu. (Jeszcze).

Potem już tylko zjazd w dół i… jestem. Moja upragniona skała.
Patrzę na nią i myślę, że ktoś ją kiedyś kuł. Że stał, walił młotkiem i uznał: „tak, to będzie moje miejsce”.

No i teraz jestem tu ja.
Teoretycznie przejmuję.

Tylko czy to faktycznie skała, czy po prostu kawał betonu z niespodzianką w środku — ciężko powiedzieć.

Ale żeby było uczciwie — ogród jest piękny.
Stare drzewa oliwne, kwiaty, cytrusy, rozmaryn, drzewa laurowe.
Pełna kultura. Klimat. Prawie poezja.

A pomiędzy tym wszystkim… trochę starego betonu.
Z zawartością.

No ale umówmy się — gdzieś tę zawartość trzeba było zmieścić.

W sumie nieważne.
Każdy ma swoją „skałę”. Albo coś, co akurat dobrze udaje, że nią jest.
I każdy siedzi tam, gdzie mu wygodnie.

Dni mijają na patrolowaniu działki. Sam wybieram, gdzie siedzę, gdzie patrzę i gdzie udaję, że coś mnie interesuje. Czasem wracam do środka, gdy zaczyna wiać jakaś bura albo ten drugi, bardziej dramatyczny Yugo.

Wyspa to więzienie. Tylko większe, ładniejsze i z widokiem na Adriatyk. I w sumie ma wszystko, czego potrzebuje podróżnik mojego kalibru.

Chciałbym iść dalej. Sprawdzić więcej. Zobaczyć, co jest za tym wszystkim.

Ale mnie nie puszczają.

I dobrze.

Znam siebie. Skończyłoby się to albo pod samochodem, albo jako lokalna legenda: „kot, co poszedł i nie wrócił”.

Więc tak:
Koty – trzymajcie się swoich terenów.
Ludzie – trzymajcie swoje koty tam, gdzie nie zrobią z siebie przypisu do statystyk.

Ja zostaję. Na swojej skale.
Jakkolwiek ją nazwać.

Patrzę. Analizuję. I czekam, aż coś znowu zacznie się dziać.

Kronika Kota Zbyluta: Arrakis Saszetowa PlanetaOto ja. Zbylut.Kot z dziada pradziada, ród szlachetny, choć dokumentów br...
28/03/2026

Kronika Kota Zbyluta: Arrakis Saszetowa Planeta

Oto ja. Zbylut.
Kot z dziada pradziada, ród szlachetny, choć dokumentów brak, bo ktoś kiedyś uznał, że karton ważniejszy niż genealogia.

Dzień jak każdy, a jednak nie.

Powietrze gęste od podejrzeń.
Cisza nienaturalna.
Miski podejrzanie puste.

Zrozumiałem.

Arrakis.

Planeta, gdzie przyprawą nie jest melanż… lecz saszeta.
Gęsta, pachnąca, zdradliwa.

A nade mną on.
Baron Przemysławor.
Władca portalu.
Strażnik szafki.
Ten, który otwiera… i zamyka. Szczególnie zamyka.

Od dni wielu obserwowałem jego rytuały.
Podchodził.
Otwierał portal.
Brał coś dla siebie.
Zamykał.
Jakby nic się nie stało.

Błąd.

Bo ja patrzyłem.

Plan był prosty.
Wejść.
Zdominować.
Zjeść wszystko, co się rusza i co się nie rusza.

I wtedy… moment.

Portal otwarty.

Wślizg.
Cisza.
Cień.
Perfekcja.

Znalazłem się w środku.

I wtedy… zrozumiałem, że to nie Arrakis.

To była jakaś podróbka.

Makaron.
Ryż.
Jakieś dziwne pudełka.
Węglowodany.
Cywilizacyjny upadek.

Ale odwrotu nie było.

Zostałem.

Bo kot nie cofa się. Kot trwa.

Przesuwałem się między opakowaniami jak sandworm między wydmami.
Czułem, że saszeta gdzieś tu jest. Musi być.

I wtedy… katastrofa.

Kawa.

Postawiona jak przeklęty monolit.
Zablokowała wyjście.

Portal zamknięty.

Zostałem uwięziony w świecie, którego nie rozumiałem.

Czas płynął.
Godziny? Minuty?
Trudno powiedzieć, gdy jesteś otoczony makaronem.

I wtedy… zdrada.

Własny głos.

Miauk.

Cichy.
Żałosny.
Demaskujący.

Zdradziłem swoją pozycję.

Baron nadciągał.

Portal się otworzył.

Spojrzenie.

Ja.
On.
I kawa między nami, jak świadek upadku.

Zostałem wyciągnięty.
Nie jako zwycięzca.

Ale jako ten, który widział za dużo.

Historia uczy jednego:

Nie każdy portal prowadzi do saszety.
Czasem prowadzi do… du...- makaronu.

A to już jest prawdziwy horror.

Kronika Kota Zbyluta – Wannolot: Powrót technologiiHistoria, jak wiadomo, zatacza koło.A czasem tym kołem jest wanna.Por...
26/03/2026

Kronika Kota Zbyluta – Wannolot: Powrót technologii

Historia, jak wiadomo, zatacza koło.
A czasem tym kołem jest wanna.

Poranek jak każdy.
Wstałem, przeciągnąłem się, sprawdziłem miskę — pusto, czyli standard.
Następnie udałem się do miejsca badań naukowych, czyli do wanny.

Od dawna coś mi tu nie pasowało.

Bo człowiek mówi: „tu leci woda”.
A ja patrzę i myślę: nie leci… tylko jest tankowana.

I to mnie niepokoiło.

Wszedłem.

Łapa tu.
Łapa tam.
Uderzenie kontrolne.
Analiza systemowa.

I nagle…

klik.

Pole siłowe zniknęło.

Zrozumiałem wszystko.

To nie była wanna.
To był zamaskowany pojazd.
Technologia ukryta przed kotem. Czyli przede mną. Czyli błąd systemowy.

Stanąłem na środku.

Cisza.

Potem lekkie drganie.

A potem już wiedziałem:

jestem wolny.

Biorę kiecę (czyli naturalne futro bojowe) i lecę.

A gdzie?

Tam, gdzie mnie poniesie.

Najpierw jednak sprawy zaległe.

Obersraj 44.

Nie spodziewali się.

Nikt nie spodziewa się ataku wannolotu z trybem Messerschmitta i prysznicem w łapie.

Wyskok.
Zwrot.
Nalot.

Zlałem gagatków jak się patrzy.
Poniedziałek wielkanocny przy tym to była rozgrzewka dla amatorów.

Uciekali.
Krzyczeli.
Zrozumieli.

To ja tu jestem problemem.

I dobrze.

Ale potem…

cisza.

Niebo otwarte.
Świat szeroki.

I pojawiło się pytanie, które dręczy każdego odkrywcę:

Gdzie są złote smaczki?
Gdzie jest fontanna saszet nieskończoności?

Leciałem.

Przez chmury.
Przez burze.
Przez własne ambicje.

Aż nagle…

TRZASK.

Grom z nieba.

Świat zawinął się jak kabel od odkurzacza po złym użyciu.

I…

obudziłem się.

W wannie.

Leżałem chwilę.
Patrzyłem.
Myślałem.

Trochę mi się przysnęło.

Może nawet… trochę odleciałem.

Wnioski są proste:

Wannolot istnieje.
Ja nim steruję.
Ale…

chipsy serowe to jednak nie jest paliwo wysokiej jakości.

Kronika Kota Zbyluta – Kosmic Space OperaDzień nieoznaczony. Czas względny. Głód absolutny.Na pokładzie Ragdolowego Stat...
23/03/2026

Kronika Kota Zbyluta – Kosmic Space Opera

Dzień nieoznaczony. Czas względny. Głód absolutny.

Na pokładzie Ragdolowego Statku Kosmicznego - Zbylut cisza była tak gęsta, że można by ją kroić pazurem. Systemy działały. Napędy pulsowały. Wszechświat istniał. A jednak… coś było nie tak.

Miski – sprawdzone.
Poidło – skontrolowane.
Kuweta – stan idealny, jak po audycie galaktycznej komisji czystości.

A mimo to… pustka.

Kapitan Zbylut, ragdollowy strateg najwyższej klasy, siedział w fotelu dowodzenia, wpatrzony w nieskończoność. Jego oczy – dwa sensory zdolne wykryć najmniejsze drgnienie opakowania z przysmakami – nagle zadrżały.

Sygnał.

Nie światło. Nie dźwięk.
Coś gorszego.
Zapach.

— Mostek, raport — mruknął w przestrzeń, choć załoga, jak zwykle, nie istniała lub udawała, że nie istnieje.

Hologramy ożyły. Na ekranach pojawiły się anomalie. Zakłócenia. Struktury nieznane nauce.
Ale dla Zbyluta było to oczywiste.

Źródło smaczków.

Nie było czasu na analizę. Nie było czasu na moralność. Wszechświat nie pyta. Wszechświat się konsumuje.

— Kurs. Natychmiast.

RSG Zbylut zawył cicho, jakby sam rozumiał powagę sytuacji. Napęd wszedł w tryb „Polowanie”. Gwiazdy rozciągnęły się w smugi, czas się skrzywił, a sens istnienia skurczył do jednego punktu:

„tam coś jest do zjedzenia”

Kapitan napiął mięśnie. Ogon drgnął.
To nie była już eksploracja.

To była operacja.

W oddali pojawiła się planeta. Cicha. Niewinna. Prawdopodobnie pełna życia.
Prawdopodobnie pełna błędów.

— Zbliżenie.

Systemy skanowania zapiszczały. Analiza trwała ułamek sekundy.

Wynik:
smaczki – obecne
opór – nieistotny

Zbylut wstał powoli.
Nie było w nim gniewu.
Nie było w nim wątpliwości.

Był tylko głód.
Ten pierwotny, czysty, uczciwy.

— Rozpoczynam procedurę „Zeżarcie”.

I tak oto kolejna cywilizacja, nieświadoma swojej roli w wielkim planie kosmicznego łakomstwa, miała stać się częścią historii.

Nie zapisanej.
Nie upamiętnionej.
Ale zjedzonej.

Bo gdzie są smaczki…
tam prędzej czy później pojawi się on.

Kapitan.
Łowca.
Problem systemowy wszechświata.

Zbylut. 🐾🚀

🐾 KOT ZBYLUT„Stawka większa niż spanie”Raport operacyjny. 06:43.Plan był klarowny. Sen głęboki jak studnia bez dna. Pozy...
21/02/2026

🐾 KOT ZBYLUT
„Stawka większa niż spanie”

Raport operacyjny. 06:43.

Plan był klarowny. Sen głęboki jak studnia bez dna. Pozycja strategiczna: kanapa. Faza REM rozpoczęta. Imperium Ciszy miało trwać do 09:00.

I wtedy pojawili się oni.

Formacja Obersraj 44.

Elitarna jednostka infiltracyjna specjalizująca się w działaniach psychologicznych oraz taktycznym zanieczyszczaniu balkonów. Trzy osobniki. Szyk klinowy. Synchronizacja godna wojskowej akademii absurdu.

Stanęli na balustradzie.

Pierwszy – dowódca operacyjny.
Drugi – ekspert od demonstracyjnej dominacji.
Trzeci – snajper precyzyjnych ładunków biologicznych.

Patrzyli na mnie.

Ja patrzyłem na nich.

Powietrze zgęstniało jak przed przesłuchaniem.

Podszedłem do okna. Futro w półmroku. Jedna łapa w cieniu historii, druga w świetle porannej determinacji. W mojej sylwetce można było dostrzec majora Domowego Frontu i agenta pod przykrywką „Słodki Do Miziania”.

Nie drgnąłem.

Obersraj 44 rozpoczął operację.

Pierwszy wykonał manewr zwiadowczy.
Drugi zabezpieczył flankę.
Trzeci… z bezczelną precyzją przeprowadził demonstracyjne uderzenie na terytorium balkonu.

Na moich oczach.

To nie był atak fizyczny. To był komunikat.

„Nie zaśniesz spokojnie.”

Ogon napiął się jak linia frontu. Źrenice zwęziły do poziomu taktycznej analizy. Mógłbym rzucić się na szybę. Uderzyć. Wstrząsnąć strukturą ich morale.

Ale prawdziwy dowódca rozumie hierarchię wartości.

Balkon jest ważny.
Honor jest ważny.

Ale sen… sen to fundament strategii.

Stałem jeszcze chwilę, obserwując jak Obersraj 44 celebruje swój groteskowy triumf infiltracyjny.

I wtedy wykonałem manewr, którego nie przewidzieli.

Odwrót kontrolowany.

Nie paniczny.
Nie pokonany.

Strategiczny.

Wycofałem się do kwatery głównej. Zwinąłem w pozycję bojową. Zamknąłem oczy.

Nie dlatego, że przegrałem.

Dlatego, że wojna to maraton.

A ja mam dziewięć żyć i cierpliwość większą niż ich biologiczne arsenały.

Niech infiltrują.
Niech triumfują.

Obersraj 44 nie wie jeszcze jednego.

Major Zbylut śpi tylko po to, by kiedyś obudzić się pierwszy.

Operacja trwa.

Noc była niespokojna. Nie taka zwyczajna, przerywana jedynie chrapaniem człowieka i cichym brzękiem lodówki. Nie. Była c...
15/02/2026

Noc była niespokojna. Nie taka zwyczajna, przerywana jedynie chrapaniem człowieka i cichym brzękiem lodówki. Nie. Była ciężka, lepka i podejrzanie cicha. Szósty zmysł, ten sam który każe o trzeciej nad ranem biec do kuchni bez wyraźnego powodu, szeptał mi do ucha: coś się wydarzy.

Śniłem o cieniu sunącym po ścianie. O trzepocie skrzydeł. O bieli, która nie zwiastuje nic dobrego. Bo białe coś nigdy nie bywa dobrą wiadomością. Biała piana w misce? Podejrzane. Białe lekarstwo? Jeszcze gorzej. Biały śnieg? Katastrofa logistyczna.

Obudziłem się przed świtem, czujny jak strażnik ostatniej puszki tuńczyka. Procedura bezpieczeństwa została wdrożona natychmiast.

Miska – sprawdzona. Pełna.
Poidło – sprawdzone. Działa.
Kuweta – czysta. Wzorowo.

Świat wyglądał na stabilny. A jednak powietrze było napięte jak kabel od ładowarki, który ktoś zaraz zahaczy nogą.

Podszedłem do balkonu.

I wtedy to zobaczyłem.

Znów to białe coś.

Śnieg. Kolejna fala. Kolejna ofensywa zimy, jakby poprzednia nie była wystarczającym ostrzeżeniem dla cywilizacji. Osiedle przykryte ciszą, która nigdy nie jest ciszą. To cisza przed nalotem.

Najpierw jeden cień na niebie.
Potem drugi.
Potem cała formacja.

Oni.

Nadciągają.

Gołębie Imperium.

Szturmowcy parapetu. Bezbłędni w swej bezczelności, niewzruszeni, zjednoczeni wspólną misją chaosu. Lecieli w szyku, jakby ktoś naprawdę płacił im za tę robotę.

I wtedy zrozumiałem. Cała noc była ostrzeżeniem. Sen był zwiadem. Przeczucie – rozkazem.

Nie było już odwrotu.

Jeśli ktoś miał stanąć między Imperium a spokojem balkonu, to tylko ja. Samotny strażnik granicy. Luke Skywalker, ale z futrem i obsesją na punkcie karmy.

Napinam mięśnie. Ogon drży jak antena radarowa. W powietrzu czuć przeznaczenie.

Nie wiem, jak zakończy się ta bitwa.
Ale wiem jedno.

Parapet nie podda się bez walki. 🐾

🐾 Kot Zbylut i Gwiezdne WrotaPortal pulsował spokojnie. Błękitna energia wirowała w okręgu jak kosmiczna zupa, gotowa wc...
14/02/2026

🐾 Kot Zbylut i Gwiezdne Wrota

Portal pulsował spokojnie. Błękitna energia wirowała w okręgu jak kosmiczna zupa, gotowa wciągnąć mnie do dowolnego świata. Wystarczyło jedno miauknięcie, by aktywować sekwencję przejścia.

Byłem jeszcze półprzytomny. Zaspany stan to przestrzeń między bogiem a poduszką. Mięśnie rozluźnione, futro ułożone w strategiczną niechlujność. Rozważałem kierunek.

Ragdoll Prime — elita galaktyki.

Kraina Fontann z Tuńczyka — miejsce, gdzie sos płynie jak rzeka.

Świerklany — korekta historii i wyrównanie rachunków z tamtym psem.

Adriatyk — wiatr w futrze, wschód słońca, transcendencja na murku.

Wrota stabilne. Energia gotowa.

I wtedy.

Cień przemknął po parapecie.
Drugi.
Trzeci.

Gołębie.

Obsrajparapetowe plugastwo z innego wymiaru — zwiastuny chaosu, nosiciele bezsensownego trzepotu skrzydeł. Dźwięk pazurów na blaszanej rynnie rozdarł ciszę portalu jak kiepska reklama w środku filmu.

Zaspany stan zniknął w ułamku sekundy.

Źrenice rozszerzone.
Mięśnie napięte.
Kręgosłup sprężysty jak łuk.

Z boga rozważającego podróż portalem stałem się drapieżnikiem. Czystą, instynktowną maszyną. Gwiezdne Wrota zamigotały. Wir zaczął destabilizować się pod wpływem mojego gniewu. Byłem gotów skoczyć — nie w kosmos, lecz w wielowymiarową zemstę. Prosto w trzepoczący chaos.

I wtedy.

Charakterystyczny dźwięk.
Szelest.
Cichy trzask aluminium.
Aromat.

Saszeta.

Portal zgasł.
Wrota przestały istnieć.
Wszechświat mógł poczekać.

Jeśli mam wybierać między chwałą międzywymiarowej bitwy a mokrą karmą w sosie, decyzja jest oczywista. Gołębie nie znikną. Parapet i tak będzie ich.

Ale saszeta ma ograniczony czas aktywacji.

Zeskoczyłem z kamiennego tronu. Misja zmieniona. Priorytety ustalone.

Kosmos może poczekać.
Sos — nie.

🐾 Kot Zbylut i Ostateczne RozwolnienieA było to tak.Po zwycięstwie nad Miską Horkruksów chodziłem dumny niczym zdobywca ...
12/02/2026

🐾 Kot Zbylut i Ostateczne Rozwolnienie

A było to tak.

Po zwycięstwie nad Miską Horkruksów chodziłem dumny niczym zdobywca krain i pogromca lodówek. W mym sercu rosła cicha pogarda wobec czarodzieja, który ponoć cierpiał po napoju goryczy. Dwa błyski oka, dwa ruchy języka — i sprawa była załatwiona. Brzuch pełen. Dusza spokojna. Świat podporządkowany.

Tak przynajmniej sądziłem.

Czas minął. Cisza zaległa w krainie kafelków. Siedziałem w wielkiej kuwecie zwanej wanną, kontemplując prawa fizyki oraz to, dlaczego woda zawsze płynie w dół, a jedzenie nigdy samo nie trafia do miski. Myślałem długo i mądrze, jak przystało na istotę wyższą.

I wtedy to poczułem.

Najpierw delikatne drżenie — jakby w trzewiach poruszył się obcy pasażer z odległych galaktyk. Potem fala. Druga. Trzecia. Mroczna magia, której nie przewidział żaden podręcznik.

Patronus nie nadszedł. Bohaterowie nie przybyli. Zostałem sam.

Wstałem powoli, godnie — jak przystało na kota, który jeszcze chwilę temu był panem losu. Lecz los miał inne plany. Wnętrze me zawrzało jak kocioł alchemika, który pomylił proporcje.

Skok.

Bieg.

Nadzieja.

Mała kuweta była blisko. Zbyt blisko, by zdążyć. Zbyt daleko, by ocalić honor.

I wtedy nadeszła zemsta czarodzieja, którego imienia wcześniej nie znałem.

Zawyłem z przerażenia i upokorzenia, po czym — jak każdy bohater po przegranej bitwie — udałem się do człowieka. By wstał. By działał. By naprawił świat, który tak bezczelnie przestał działać.

Tak oto kończę kronikę magicznych płynów wszelakich. Nauczka została zapisana w annałach kuchni i łazienki: nie każde darowane jadło jest darem. Nie każdy napój oznacza zwycięstwo.

A magia… bywa zemstą.

🐾 Kot Zbylut i Miska HorkruksówRoku tego, gdy słońce ledwie przecierało oczy nad krainą kanapy i parapetu, wydarzyła się...
11/02/2026

🐾 Kot Zbylut i Miska Horkruksów

Roku tego, gdy słońce ledwie przecierało oczy nad krainą kanapy i parapetu, wydarzyła się rzecz wielka, choć z pozoru tak prosta jak pusta miska.

Stała pośród kuchennej posadzki niczym kamienna czara w grocie tajemnic. W kronikach ludzi zapisano, iż pewien czarodziej imieniem Albus Dumbledore zmuszony był pić z podobnego naczynia, choć serce mu drżało, a dłoń nie chciała się unieść. Mówiono, że był to napój goryczy, a może i rozpaczy.

U mnie w misce? Kefir. A raczej coś, co wczoraj było kefirem, a dziś stało się filozofią fermentacji.

Nie czekałem na zaklęcia. Nie prosiłem. Nie deliberowałem jak ów brodaty Brytyjczyk, którego osobiście nie znam, choć imię ma przyzwoite. Stanąłem. Spojrzałem. Skupiłem moc.

I oto stało się.

Miska napełniła się pod potęgą mojego wzroku. Biała fala wzniosła się ku brzegom niczym mleczna mgła nad wzgórzami Capendorfu. Stałem. Piłem. Opróżniałem. A potem znów stałem, aż miska — jak horkruks mej duszy — ponownie domagała się wypełnienia.

Nie było lamentu. Nie było wahania. Była tylko cisza i potężna energia kota, który wie, że świat istnieje wyłącznie dlatego, iż on na niego patrzy.

Ludzie twierdzą, że magia wymaga poświęcenia. Bzdura. Wymaga koncentracji i odpowiednio ustawionego człowieka przy lodówce.

Gdy miska opustoszała po raz trzeci, poczułem głód większy niż ambicje młodego czarodzieja. I wtedy zrozumiałem: nie każda czara jest przekleństwem. Niektóre są po prostu źle obsługiwane.

Tak oto zapisuję w tej kronice, że dnia owego zwyciężyłem nie mrok, lecz kefir. A jeśli gdzieś istnieje ów Dumbledore, niech wie, że w tej kuchni to ja jestem arcymagiem.

I że patrzę. Nawet gdy śpię.

Adres

Bielsko-Biała

Telefon

+48796704023

Strona Internetowa

Ostrzeżenia

Bądź na bieżąco i daj nam wysłać e-mail, gdy Zbylut Kot umieści wiadomości i promocje. Twój adres e-mail nie zostanie wykorzystany do żadnego innego celu i możesz zrezygnować z subskrypcji w dowolnym momencie.

Skontaktuj Się Z Firmę

Wyślij wiadomość do Zbylut Kot:

Udostępnij