11/04/2026
Gdybym prowadził blog podróżniczy, pewnie napisałbym, że „Nairobi można kochać lub nienawidzić… Ale ja oczywiście zakochałem się w tym mieście!” Na szczęście Banan Foto to nie blog podróżniczy i nikt mi nie płaci za to co napiszę (to akurat szkoda), więc mogę napisać wprost, cytując Zbyszka Stonogę: „Nairobi to jest dramat kur**, to jest dramat…”
Spędziłem w tym mieście cztery dni przy okazji Rajdu Safari, z czego dwa dni stałem w korkach. To miasto nie ma do zaoferowania nic poza parkiem narodowym na obrzeżach, dzięki czemu, aby poczuć klimat safari nie trzeba jechać 250km w głąb kraju. Ewentualnie do pozytywnych wrażeń można zaliczyć jeszcze slumsy Kibera, które wraz z przewodnikiem-mieszkańcem tego miejsca były czymś, czego wcześniej doświadczyłem tylko w Indiach. Na tym plusy tego miasta się kończą. Pozostałe „atrakcje”, które można policzyć na palcach jednej ręki, gdyby nie korki można by było spokojnie zaliczyć w ciągu kilku godzin.
Zwykle mam problem, aby wybrać zdjęcia do galerii z powodu ich nadmiaru. Tym razem naprawdę musiałem się napocić, aby zrobić 60-zdjęciową galerię, w której 2/3 zdjęć jest ze slumsów i parku narodowego. A co oprócz tego do zaoferowania ma Nairobi? Giraffe center, w którym żyrafy jedzą Wam z ręki, muzeum kolejnictwa czy dom (muzeum) Karen Blixen, autorki „Pożegnania z Afryką”.
Zapraszam do galerii, a samo Nairobi polecam omijać szerokim łukiem. Moja noga na pewno już tam nie postanie (maksymalnie przejazdem na rajd). :)