09/06/2026
W niedzielę wybrałem się na łowy z tzw "zasiadki"
Przed świtem zjawiłem się na miejscu gdzie mieszkają błotniaki stawowe fruwając nad trzcinami i trochę rzadziej bieliki.
Stanowisko ustawiłem jak najbliżej trzcinowiska i chowałem się za siatkami, ustawiłem statyw z lufą, zydelek do siedzenia i czekam,
i czekam,
i czekam,
i czekam...
Tak bite 3 godziny czekałem na cokolwiek aż tyłek mi ścierpł, nogi skołkowaciały..... :)
I nic się nie zadziało zgodnego z chytrym planem, dosłownie nic! Oprócz kilku łabędzi lecących w brzasku wschodzącego słońca :)
Wiec ruszyłem swoje obolałe 4 litery i jak zwykle obszedłem miejscówkę. Spotkałem winniczki, bielika, stado łabędzi na jeziorku, maki na polu dla zbieraczy kompotu....
Dwie ciekawostki.
Obchodząc miejscówkę, po drugiej stronie lasku, spotkałem trzy bieliki, na które czekałem w ukryciu, w tym jeden młody (na foto)
Był odganiany przez wronę. Najpierw usłyszałem jak wrona? się drze na coś. Sądziłem, że to na mnie się wydziera a jednak to bielik prawdopodobnie chciał spenetrować jej gniazdo.
Bo w przerwie między drzewami zauważyłem jak wrona (lub gawron albo kruk) atakują uciekającego w popłochu króla ptaków :)
Widok sam w sobie częsty.
Zanim się złożyłem do strzału napastnik wyleciał spoza kadru i znikł. Na fotce pozostał bielik zwiewający w kierunku mojej zasiadki :)
Druga ciekawostka, raczej mało pocieszająca, to ta, że na kilkadziesiąt łabędzi mieszkających na tym jeziorku tylko jedna para miała małe łabądki!