18/07/2026
In the Serengeti, even the mornings had their own soundtrack — and it was not always lions or hyenas.
Sometimes, the wake-up call came from this little guy. 😄
He would sit in the thorny branches, sing from early morning and apparently make sure nobody nearby slept for too long. With a voice like that, my phone alarm could basically take a holiday.
And honestly, these are the Serengeti moments I remember the most. Not only the big animals and dramatic scenes, but also the small everyday encounters — a bird on a branch, morning light, acacia thorns, and me trying to decide whether I was amazed or simply still half-asleep.
-------------------------------------------------------------------
W Serengeti nawet poranki miały swój własny soundtrack — i nie zawsze były to lwy czy hieny.
Czasem za pobudkę odpowiadał ten mały typ. 😄
Siedział w kolczastych gałęziach, śpiewał od rana i najwyraźniej miał misję: upewnić się, że nikt w okolicy nie śpi za długo. A że głos miał całkiem konkretny, to budzik w telefonie właściwie mógł iść na urlop.
I właśnie takie momenty najbardziej zapamiętałam z Serengeti. Nie tylko wielkie zwierzęta i spektakularne sceny, ale też te małe, codzienne spotkania — ptak na gałęzi, poranne światło, ciernie akacji i człowiek, który próbuje zdecydować, czy jest zachwycony, czy jeszcze po prostu niewyspany.