Obiektyw-ny Świat

Obiektyw-ny Świat Photographer (all photos are captured by me). Feel free to contact me if you want to cooperate.

Pierwszy lot samolotem wspominam jak przez mgłę.Pamiętam za to zachwyt, kiedy w deszczowy dzień samolot przebił się prze...
03/09/2026

Pierwszy lot samolotem wspominam jak przez mgłę.
Pamiętam za to zachwyt, kiedy w deszczowy dzień samolot przebił się przez warstwę chmur i niczym spławik wyskoczył ponad ich puchatą powierzchnię.
Przynajmniej tak wyglądało to wtedy w mojej głowie.
W zeszłym roku, kilkanaście lat po moim pierwszym locie samolotem, na Maderze znowu znalazłam się ponad chmurami.
Pico do Areeiro było ostatnim punktem naszej wycieczki. Właściwie również ostatnim miejscem, które zobaczyłyśmy przed powrotem do domu.
Busik wycieczkowy wspinał się coraz wyżej. W pewnym momencie nie widziałyśmy już niczego poza fragmentem asfaltu przed nami.
Pomyślałam, że mgła odbierze nam cały widok. Że dotrzemy do celu i nie zobaczymy nic oprócz otaczającej nas bieli.
A potem busik wyjechał ponad chmury.
Naszym oczom ukazały się górskie grzbiety ciągnące się daleko po horyzont. Za kolejnym zakrętem zobaczyłyśmy biały, kulisty budynek, który wyglądał jak gigantyczna piłka golfowa pozostawiona na szczycie góry.
Jeszcze kilka kroków przez parking, schody między sklepami z pamiątkami i znalazłyśmy się pomiędzy chmurami.
Przesuwały się szybko między szczytami. Widok zmieniał się co chwilę, i co chwilę wszystko dookoła wyglądało inaczej.
Miałam wrażenie, że spaceruję między obłokami.
Przypomniał mi się wtedy mój pierwszy lot samolotem. Tym razem nie patrzyłam na świat ponad chmurami przez okno samolotu. Byłam częścią tego świata.
-------------
[ENG in comment]

Gdzieś pomiędzy jedną podróżą a drugą zgubiłam dziecięce „wow”.Im więcej podróżuję, tym częściej łapię się na tym, że ko...
30/08/2026

Gdzieś pomiędzy jedną podróżą a drugą zgubiłam dziecięce „wow”.
Im więcej podróżuję, tym częściej łapię się na tym, że kolejne widoki zaczynają mi się ze sobą mieszać.
Jeszcze jedna zatoka. Kolejny zamek. Następny punkt widokowy.
Wiem, że jest pięknie. Robię zdjęcie. Idę dalej.
Psychologia nazywa podobny mechanizm habituacją. Ja nazywam to podróżniczym zblazowaniem.
Kolejne miejsca nie stają się przez to mniej piękne. To my coraz trudniej dajemy się im zaskoczyć i coraz rzadziej odczuwamy ten zupełnie szczery, dziecięcy zachwyt.
Busik, którym objeżdżałyśmy Maderę, zatrzymał się gdzieś po drodze. Przewodnik wskazał nam kierunek do Miradouro dos Balcões. Kto nie chciał iść, mógł zostać i poczekać w kawiarni.
Nie wszyscy się zdecydowali.
My chciałyśmy sprawdzić, co czeka dalej.
Droga nie była długa ani trudna. Ścieżka wiła się pośród roślinności i skał.
Wyszłyśmy zza kolejnego zakrętu. Odsunęłam dłonią liście jednej z gałęzi…
I nagle świat się otworzył.
Zatrzymałam się.
Przez chwilę poczułam się jak odkrywca, który właśnie zobaczył miejsce nieznane nikomu wcześniej. Przez kilka sekund miałam wrażenie, że ten widok jest tylko mój.
Patrzyłam.
I znów wróciło to dziecięce  „wow".
Może więc wcale nie tracimy zdolności zachwycania się światem.
Może czasami chowa się ona tylko pod warstwą zdjęć, wspomnień i porównań – i czeka na nas za kolejnym zakrętem.
-------------
[ENG in comment]

Poncha ponchy nierówna.Na Maderze szybko odkryłyśmy, że poncha to coś więcej niż drink. To niemal część lokalnego krajob...
27/08/2026

Poncha ponchy nierówna.

Na Maderze szybko odkryłyśmy, że poncha to coś więcej niż drink. To niemal część lokalnego krajobrazu. I jak to bywa z każdym lokalnym przysmakiem – jedne miejsca robią ją świetnie, innym wychodzi to nieco gorzej.

Ale żeby zrozumieć, skąd właściwie bierze się jej charakterystyczny smak, warto zacząć od trzciny cukrowej.

Podczas wycieczki po Maderze jednym z naszych przystanków było Engenhos do Norte – tradycyjna destylarnia w Porto da Cruz, gdzie nadal produkuje się rum z trzciny cukrowej uprawianej na wyspie.

I właśnie tutaj zaczyna się cała historia.

Rum używany do produkcji ponchy nie powstaje z melasy, jak wiele rumów na świecie. Na Maderze wykorzystuje się świeżo wyciśnięty sok z lokalnej trzciny cukrowej.

A ta pojawiła się na wyspie już w XV wieku i przez lata była jednym z ważnych elementów maderskiej gospodarki.

Dziś plantacji jest zdecydowanie mniej, ale trzcina nadal rośnie na stromych, zielonych zboczach wyspy.

Poncha to nie tylko aguardente, miód i cytryna. To smak wyspy.

I owszem – są miejsca, gdzie poncha jest lepsza i takie, gdzie jest nieco gorsza. Ale jedno jest pewne: na Maderze smakuje najlepiej. 🇵🇹
-------------
[ENG in comment]

Santana - piękna, ale przereklamowana.Czy żałuję, że odwiedziłam Santanę? Ani trochę. Za to gdybym nie zobaczyła jej na ...
23/08/2026

Santana - piękna, ale przereklamowana.
Czy żałuję, że odwiedziłam Santanę? Ani trochę. Za to gdybym nie zobaczyła jej na własne oczy, pewnie bym żałowała.
Sanatana była jednym z punktów wykupionej przez nas wycieczki. I dobrze, że jednym z kilku, bo gdyby chodziło tylko o to jedno miejsce, to pewnie bym się zawiodła.
Kilka kolorowych domków, zebranych w jednym miejscu pod turystów. Wyglądają uroczo i aż proszą się zdjęcia. Trudno wyobrazić sobie, że niegdyś, w podobnych, niewielkich domach mieszkały niejednokrotnie całe pokolenia. Choć mieszkały jest tu zbyt szumnie powiedziane.
Ich charaktestyczne, strzeliste dachy kryte strzechą miały chronić wnętrza przed deszczem. A w łagodnym klimacie Madery XV-wiecznym osadnikom naprawdę niewiele było potrzeba.
Trochę jak nam Polakom, w latach 70., gdy na wczasy jeździło się do domków typu Brda. 😉
Domki w Santanie są urocze i pięknie wychodzą na zdjęciach. Ale jeśli planujesz wycieczkę tylko po to, żeby je zobaczyć, dorzuć do trasy kilka innych atrakcji. Sama Santana to moim zdaniem trochę za mało.
A jeśli przy okazji chcesz napić się wyśmienitej ponchy, to polecam O Terraço. Najlepsza poncha, jaką piłyśmy podczas całego wyjazdu. 🍹
-------------
[ENG in comments]

19/08/2026
Wchodzimy, zaglądam i... WTF! Spacerowałyśmy z przyjaciółkami po ulicach stolicy.Na dziedziniec Pałacu Rządu Regionalneg...
12/08/2026

Wchodzimy, zaglądam i... WTF!
Spacerowałyśmy z przyjaciółkami po ulicach stolicy.
Na dziedziniec Pałacu Rządu Regionalnego (Palácio do Governo Regional) w Funchal weszłyśmy trochę z ciekawości – brama wyglądała zachęcająco, więc szkoda było nie sprawdzić, co jest za nią.
Za bramą czekała na nas piękna mozaika i niewielki dziedziniec z fontanną.
"Fontanna jak fontanna" - pomyślałam. Ale jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że zdobiące ją żółwie nie są z kamienia.
Wokół – okna biur, w których normalnie toczy się urzędowe życie. A w fontannie – żywe żółwie. Jeden na drugim, jeden obok drugiego, a niektóre najwyraźniej uznały, że najlepszym miejscem do odpoczynku będzie grzbiet kolegi. Interesujące podejście do pracy zespołowej ;)
Ciekawe czy pracownicy urzędu mają w swoich obowiązkach opiekę nad nimi...
-------------
We walked in, had a look and… WTF!
We were wandering the streets of Funchal with our friends when we spotted the entrance to the Palácio do Governo Regional (Regional Government Palace). The gate looked inviting, so naturally we had to see what was behind it.
Behind the gate was a beautiful mosaic and a small courtyard with a fountain.
“A fountain is a fountain,” I thought.
Well… imagine my surprise when I realised that the turtles decorating it weren’t made of stone.
All around us were office windows, where everyday government business was going on. And in the fountain? Live turtles. One on top of another, one next to another, with some apparently deciding that their friend’s back was the perfect place to rest.
An interesting approach to teamwork. ;)
I wonder if taking care of the turtles is actually part of someone’s job description…

Nie wszystko co jest lokalnym przysmakiem musi smakować każdemu. I tak właśnie było z limpets. Po odwiedzeniu Cabo Girão...
06/08/2026

Nie wszystko co jest lokalnym przysmakiem musi smakować każdemu.
I tak właśnie było z limpets.
Po odwiedzeniu Cabo Girão postanowiłyśmy zjechać do Câmara de Lobos - małej rybackiej wioski.
Z jachtu, którym płynęłyśmy kilka dni wcześniej widziałyśmy kolorowe łodzie na brzegu - miejsce wyglądało obiecująco.
I faktycznie – widoki były piękne. Kolory, ocean, spokojny klimat małego portu… dokładnie to, czego można oczekiwać od maderskiej wioski.
Zrobiłyśmy sobie obowiązkowe zdjęcie z Winstonem Churchillem (który właśnie tutaj, zachwycony widokiem na zatokę, malował swoje obrazy), wypiłyśmy kawę i postanowiłyśmy zjeść coś lokalnego.
Tym razem padło na limpets - podawane na Maderze ze słonym masełkiem czosnkowym i cytryną.
Czy było warto? Oczywiście! Bo nadal wyznaję zasadę: lepiej spróbować i żałować, niż żałować, że się nie spróbowało.
Limpets, lapas czy skałoczepy - zwał jak zwał - nie zostaną moim ulubionym daniem. Aż sama się zdziwiłam, bo owoce morza uwielbiam.
A Câmara de Lobos? To świetne miejsce na godzinę lub dwie, które idealnie domyka wizytę na Cabo Girão. I tyle..
-------------
[ENG in comments]
.

Na Maderze zostawiłam Salomony... Jedną z rzeczy, na które najbardziej czekałam podczas tego wyjazdu, były lewady. Wiedz...
04/08/2026

Na Maderze zostawiłam Salomony...

Jedną z rzeczy, na które najbardziej czekałam podczas tego wyjazdu, były lewady. Wiedziałam, że trekking pośród lasu wawrzynowego będzie czymś, co pokocham.
Wybrałyśmy Levadę do Caldeirão Verde (PR9).
Wygodne buty, czołówki, kurtki przeciwdeszczowe, batony proteinowe i można ruszać.
Kierowca wysadził nas przy samym wejściu. Szeroka droga szybko zamieniła się w zarośniętą ścieżkę pnącą się pod górę...
Coś się nie zgadzało.
Szybkie spojrzenie na mapę. Nie ten kierunek!
Na właściwym szlaku zobaczyłyśmy w końcu to, po co tu przyjechałyśmy. Wąskie przejścia, tunele wykute w skale, wszechobecną zieleń i szum wody. Na końcu usiadłyśmy na mokrych głazach, aby podziwiać wodospad i turkusowe jeziorko.
Powrót okazał się równie emocjonujący. Podczas mijania innych turystów na bardzo wąskich odcinkach musiałyśmy jedną nogę opierać o bazaltową ścianę.
Moje buty jednak nie zniosły tego spaceru równie dobrze jak ja. Podeszwy w moich Salomonach postanowiły zakończyć związek z resztą butów. Rozwód następował z każdym krokiem zbliżającym nas do końca lewady. Koniec końców buty spoczęły na Maderze, robiąc miejsce w walizce na pamiątki. 😉
-------------
One of the things I was most looking forward to during this trip were the levadas.
We chose Levada do Caldeirão Verde (PR9).
Hiking shoes, headlamps, rain jackets, protein bars and we were ready.
Our driver dropped us at the entrance. The wide path quickly turned into an overgrown trail climbing uphill...
Something wasn't right.
A quick look at the map.
Wrong direction!
On the right trail, we found what we came for: narrow passages, rock tunnels, endless greenery and the sound of water. At the end, we sat on wet boulders admiring the waterfall and turquoise pool.
The way back was just as exciting. On the narrowest sections, passing other hikers meant balancing with one foot against the basalt wall.
My shoes, however, didn't handle the hike as well as I did. The soles of my Salomons decided to end their relationship with the rest of the shoes. The divorce continued with every step towards the end of the levada.
In the end, my shoes stayed in Madeira, leaving space in my suitcase for souvenirs. 😉

Myślałam, że to będzie po prostu kolejny ogród. Kilka palm, trochę kwiatów i spacer na godzinę.Pomyliłam się.Do ogrodu w...
30/07/2026

Myślałam, że to będzie po prostu kolejny ogród. Kilka palm, trochę kwiatów i spacer na godzinę.

Pomyliłam się.

Do ogrodu wjechałyśmy kolejką linową z Funchal (20 euro za osobę w obie strony). Już sam widok z góry jest wart tej przejażdżki, ale prawdziwa magia zaczyna się dopiero po wejściu do środka.

Palmy, sukulenty, kaktusy, egzotyczne rośliny z całego świata, strumyki, wodospady, rzeźby, mostki... No i flamingi! Niemal na wyciągnięcie ręki.

Na końcu ogrodu, w cieniu tej wszechobecnej zieleni, można usiąść przy stoliku albo w tradycyjnych saniach tobogan i napić się ponchy – lokalnego drinka, bez którego trudno wyobrazić sobie Maderę.

Uwielbiam zieleń. To właśnie wśród drzew i roślin najlepiej odpoczywam. W Monte Palace Tropical Garden miałam wrażenie, że czas na chwilę zwolnił. Choć... niewykluczone, że swoją rolę odegrały też trzy kolejki ponchy. 😉
-------------
I thought it would be just another garden. A few palm trees, some flowers, and a one-hour walk.

I was wrong.

We took the cable car up from Funchal to the garden (€20 per person for a return ticket). The views alone are worth the ride, but the real magic begins once you step inside.

Palm trees, succulents, cacti, exotic plants from all over the world, streams, waterfalls, sculptures, little bridges... and flamingos, almost within arm's reach.

At the far end of the garden, surrounded by lush greenery, you can sit down at one of the tables or in a traditional toboggan sled and enjoy a poncha – the local drink that's become a true symbol of Madeira.

I love being surrounded by nature. It's among trees and plants that I truly relax. At Monte Palace Tropical Garden, I felt like time had slowed down for a while. Although... it's entirely possible that the three rounds of poncha had something to do with it. 😉

Madera na jachcie smakuje wyśmienicie.Ale od początku. Spacerowałyśmy promenadą w Funchal, gdy zaczepił nas jeden z naga...
25/07/2026

Madera na jachcie smakuje wyśmienicie.

Ale od początku. Spacerowałyśmy promenadą w Funchal, gdy zaczepił nas jeden z naganiaczy.
– 100% delfin, whale 50/50.
Rejs w poszukiwaniu delfinów? Czemu nie?
– Z alkoholem 35 euro, bez alkoholu 30.
Żar lał się z nieba, a przed nami prawie dwie godziny w pełnym słońcu. Bez alkoholu prosimy.
Po chwili okazało się, że płyniemy kameralnym jachtem. My zajęłyśmy rufę, pozostali pasażerowie dziób. Załoga przez cały czas wypatrywała delfinów, zagadywała nas i proponowała napoje.
Byłyśmy przekonane, że nic nam nie przysługuje, ale usłyszałyśmy tylko:
– Weźcie wodę. Musimy dopilnować, żebyście się nie odwodniły.
Delfinów nie spotkałyśmy, za to dopłynęłyśmy pod Cabo Girão.
– Dziewczyny, wskakujcie do wody!
Nie wykąpałam się pod Cabo Girão w samej bieliźnie, ale gorąco namawiałam moje dwie towarzyszki.
– Raz się żyje. Gdybym mogła, pierwsza skoczyłabym z dziobu!
W drodze powrotnej nie odmówiłyśmy już kieliszka Madery.
Aproveita a vida!
-------------
Madeira tastes even better on a yacht.

But let's start from the beginning. We were walking along the promenade in Funchal when one of the tour sellers stopped us.
"100% dolphins, whales 50/50."
A dolphin-watching cruise? Why not?
"With alcohol – €35. Without alcohol – €30."
The sun was blazing, and we had almost two hours out on the open ocean ahead of us. The alcohol-free option please.
A few minutes later, we realized we were boarding a small yacht. We took the stern, while the other passengers settled at the bow. The crew kept scanning the ocean for dolphins, chatting with us and offering drinks.
We were sure nothing was included, but they kept insisting:
"Have some water. We need to make sure you don't get dehydrated."
We never found the dolphins, but we did sail all the way to Cabo Girão.
"Girls, jump in!"
I didn't swim beneath Cabo Girão in my underwear, but I did my best to convince my two friends.
"You only live once. If I could, I'd be the first to jump off the bow!"
On the way back, we didn't say no to a glass of Madeira wine.
Aproveita a vida!

Dirección

Ardales
29550

Página web

Notificaciones

Sé el primero en enterarse y déjanos enviarle un correo electrónico cuando Obiektyw-ny Świat publique noticias y promociones. Su dirección de correo electrónico no se utilizará para ningún otro fin, y puede darse de baja en cualquier momento.

Atajos

Compartir

Categoría