02/03/2022
Kochane, zapraszam też do lektury 😉🥰
Z rozdziału: O randkach i innych przyjemnościach, prowadzących do głębszego ukochania siebie, z książki o nieznanym jeszcze tytule 😉
Nigdy nie wiemy, co ma dla nas kolejny dzień.
Kiedy, na przykład decydujemy się na spontaniczną randkę z nieznajomym, jej powodzenie, a tym bardziej kontynuacja, są zwyczajnie wielką niewiadomą. Dlatego myślę, a nawet dobrze już wiem, że zamiast gdybać, warto zostawić w domu wszelkie oczekiwania, ubrać się w ulubione kolory, dobre samopoczucie i wyjść pod mgiełką magicznego zapachu zaufania…
Tak właśnie, wychodząc z domu w dzień Wniebowzięcia, trafiłam do możliwego Raju. Zlokalizowany jest jakieś 4oo metrów od mojego tymczasowego mieszkania. Tam otworzyła się dla mnie przestrzeń do romansu. A zabrał mnie do niej i szczodrze ugościł, mężczyzna z portalu randkowego.
Umówiliśmy się, że będziemy celebrować życie! To znaczy, ja spontanicznie wrzuciłam takie hasło, a on je przyjął z nieskrywaną fascynacją mojego podejścia do spędzenia wspólnego czasu. Jego inwencją było natomiast miejsce, które dość nieśmiało zaproponował:
- koło Ciebie jest Warsztat. Znasz to miejsce? Znane jest z dobrej kuchni!
Sprawdziłam. Rzeczywiście, ulokowane tuż pod moim nosem. Raz przechodziłam obok, robiąc zakupy na niewielkim, warzywno-owocowym targowisku. Więc przypadkowo zakodowałam nazwę.
Zdjęcia menu, które moja ciekawość na szybko podejrzała w sieci, potwierdziły bliskość lokalizacji i zwiastowały prawdziwą ucztę! Zaproponowałam godzinę i potwierdziłam spotkanie.
Wchodzimy na rezerwację, bo tylko tak się tam da. Lokal jest wysoki, zaaranżowany w prostym, loftowym stylu. Tak jak lubię. I ma szeroko otwarte wejście to ogrodu, który totalnie mnie zaskakuje.
I zasiadam urzeczona otoczeniem, przy stole pod starą jabłonią w towarzystwie niepozornie wyglądającego mężczyzny, który wspomniał prze telefon, że lubi kolor niebieski i pracuje w scenografii. Ale jakoś nie zawróciło mi to w głowie, choć wiedziałam, że dzięki temu z pewnością będzie o czym chwilę porozmawiać, gdyby się okazało, że tematy nam się rozmijają, nie kleją, czy jakoś tak.
Powitano nas przysłowiowym chlebem i solą, czyli powitalną przystawką w postaci kilku kromek chleba. Przecięte na pół, ułożone w koszyku, na ziarnach zbóż i słonecznika, pachniały zdrową świeżością i jednocześnie zagadką. Wypiekają go na miejscu z własnej receptury. Znacząco zaintrygowały mnie połówki, które były w kolorze czarnym. Natychmiast wypytuję kelnera o jego składniki, głównie te barwiące. Bo przecież od zawsze kręci mnie alchemia kolorów.
- To popiół z siana i czarnuszka. Mam nadzieję, że będzie państwu smakował.
Przyciągnęłam do siebie koszyk, by zaciągnąć się głębiej zapachem tego Warsztatowego specjału. Długo nie brałam go do ręki. Sporą przyjemność sprawiało mi patrzenie na kontrast w tej samej materii. Pierwszy raz zobaczyłam go w chlebie. Pożywieniu naszym powszednim. Dla niektórych podstawowym, a przez niektórych omijanym w ramach tzw. diety, szkodliwości cukrów, glutenu czy czego tam jeszcze. Ja lubię. A w tej wersji, jednak dość niepowszedniej, dopiero się rozsmakuję.
Nasza rozmowa toczyła się swoim torem. której ton nadawał głównie On. Nieco niższy ode mnie mężczyzna, w niebieskiej koszuli, zwykłych dżinsach i granatowych butach. Ja słuchałam. Leniwie gotowa na etap prezentacji. Na szczęście, tym razem nie było typowego, samczego tańca godowego. Tak dobrze mi znajomego, stroszenia piórek, szastania pieniędzmi, które bywa fascynującą lub żenującą grą wstępną, do rozdziału: niezobowiązujący s*x w jakości kota w worku.
Obsługa właśnie doniosła nam wino. Zdecydowałam się na czerwone, bo białe, które wybrał dla siebie nieznajomy, zupełnie mi nie posmakowało. Dziwne, bo przecież zdecydowanie preferuję lekkość białego od wielu lat. Dostałam moje zamówione danie z rybą. A mój, już trochę znajomy, cieszył się swoim talerzem atrakcyjnie wyściełanym wołowiną.
I już wiem, że nasze kubki smakowe, które są przy jednym stole, randkują gdzieś na zupełnie różnych częstotliwościach. Tylko jakoś dziwnie mnie to nie zajmuje. Nic mnie nie zajmuje również w rozmowie, która toczy się w moim zainteresowaniu, choć moja uwaga jest osadzona t w ogrodzie, w zapachach, spadających do talerzy, pożółkłych, małych listkach, które opadają niczym płatki róż z pochylonej nad nami, dość wiekowej jabłoni. W odgłosach uderzających o ziemię papierówek. I smaku zielonego bobu w delikatnie miętowym sosie, w asyście pieczonego łososia.
Wiem, że o tzw. życiu było…. Na szczęście nie w kontekście, złamanem . Przy pasjach i spełnieniach, trochę się ożywiłam. Wpadałam sporadycznie do jego opowieści, ze swoimi ciekawostkami. W dość nietypowy sposób, nie chciało mi się mówić. Wolałam słuchać. Wcale nie dlatego, że były to arcy-ciekawe opowieści. Po prostu wolałam słuchać. I nie było to słuchanie jedynie głosu towarzysza celebracji. Moja percepcja, całkiem niepostrzeżenie i samoistnie, otworzyła się jakby równolegle na kilkanaście, wymownie przemawiających do mnie innych obrazów, zapachów, kolorów, smaków z otoczenia Rajskiego Ogrodu w centrum miasta. To zupełnie nowe doświadczenie, było swoistym błogostanem. Więc nic w nim przeszkodzić mi nie mogło. Trwało kilka godzin. Dobrych godzin.
Po wyśmienicie skomponowanym, wizualnie i smakowo deserze, skonsumowanym w towarzystwie czarnej kawy i resztek sączonego, czerwonego wina, przyszedł czas na zapakowanie do domu niedojedzonego chleba
Idziemy obok siebie wolnym, wieczornym krokiem, w stronę mojego, nie mojego mieszkania, i jeszcze nie wiem, że Wisienka na torcie jest dopiero przede mną. Nie wiem, że w ogóle jest. Że będzie.
Ale już wiem, że nie będzie naszej kolejnej randki. Nie po to się spotkaliśmy. To był dla mnie czas wielowymiarowego słuchania. Zbierania szerokiej palety danych z przestrzeni braku oczekiwań, z bycia w pełnej obecności. W tu i teraz.
Na koniec, choć bardziej nowy początek, z randkowego tortu, wyskoczył i popłynął do mnie przepiękny, głęboki ukłon. W stronę pracy, jaką dla siebie wykonałam, lekcji, które przyjmowałam i pilnie odrabiałam.
- Jesteś wyjątkową kobietą. Zachwycasz swoją otwartością, autentycznością, lekkością, naturalnością, spójnością. Harmonijnym zestawieniem wnętrza z fizycznością. Dajesz poczucie komfortu i piękny uśmiech. Mógłbym mówić długo…Ale Ty chyba to wiesz. Masz świadomość tak wielu rzeczy...
Stałam rozpromieniona słuchaniem. Odbiorem bez żadnego zażenowania, grama skrępowania. Przyjęłam to z uśmiechem, blaskiem w oczach i radością w sercu.
Chwilę wcześniej, podziękowaliśmy sobie uściskiem rąk. Nie było w planie żadnego grzecznościowego cmok, cmok. Wiedziałam, jak nigdy wcześniej, że nie chcę już robić niczego, czego nie poczuję. Niczego, co być może wypadało w ramach podziękowania za takie wystawne zaproszenie, bez finału w łóżku.
Kiedy już te słowa, osiadły we mnie na dobre, spłynęły przez umysł, serce, do samych stóp i płytek chodnikowych, poszłam za odruchem ciała. Objęłam fizycznie moją nieskrywaną wdzięcznością, ciało i duszę człowieka, który przyczynił się do urzeczywistnienia dziś dla mnie, poczucia Wniebowzięcia….
Tak się rozstaliśmy.
I tak weszłam w kolejne, nieoczekiwane randki. Ja z mną.
Zaraz następnego dnia, zaprosiłam siebie na dobrą, popołudniową kawę.
Bo teraz, pod koroną dojrzałej jabłoni - w centrum miejskiej dżungli, mamy swoją Rajską miejscówkę.
Piękną, ogrodową, przyjazną, owocującą nieoczekiwanym przestrzeń.
Z solidnym drewnianym stołem, na stalowych nogach. Z obsługą, która wita Nas po królewsku i zaprasza z ukłonem, do stolika dla 5ciu osób, gdzie potrzebna jest wcześniejsza rezerwacja aby było jakiekolwiek wolne miejsce. Tak po prostu.
Jest tam też dla mnie mrożona kawa, która nie istnieje w menu. Wykreowana wespół z kelnerem, specjalnie na moje życzenie. Z 4 prostych składników: wody, czarnej kawy, kostek lodu i gałki lodów czekoladowych, powstała ambrozja!
Tutaj zaczyna się rozpisywać moja książka, zupełnie sama. W przepływie zdarzeń.
W miejscu, gdzie woda niegazowana z cytryną, którą popijam, ma zaskakujący, słodki smak. Gdzie rozstawiono doniczkowe, sporych rozmiarów, draceny, które z daleka wyglądają jak hiszpańskie mini palmy. Gdzie wszystko wygląda jak swoiste połączenie przeszłości z teraźniejszością i przyszłością. W jednym, wielowymiarowym, wielokształtnym Teraz.
Gdzie pachnie tak wytwornie, różnorodnie...
Nie tylko znakomicie doprawionymi, artystycznie udekorowanymi potrawami, czy intensywnym w smaku i aromacie, czarnym chlebem na popiele z siana.
Tutaj pachnie otwartością, serdecznością, gościnnością, akceptacją, pasją tworzenia i obfitością.
Tutaj kreatywność i życzliwość, jawią się bezgranicznie!
Tutaj są też dla mnie jakieś specjalne ceny. Bardzo mili, młodzi kelnerzy, którzy obok poczucia humoru, mają też szczodre gesty. Mój rachunek z cennika za kawę-10zł, za wodę-6zł i gałkę lodów-5zł,, czyli 21 zł, wyniósł całe 12zł !
Nie mam ani cienia wątpliwości, że na ten czas, moje randki z mną, prowadzą mnie do wyższego poziomu, przepięknego romansu ze Sobą.
A w powietrzu unosi się coś jeszcze!