11/05/2026
Odcinek 1
Od końca października 2025 r, kiedy to wyruszyliśmy w Podróż na 5 – czyli do Ameryki Południowej do powrotu z Azji Środkowej po majówce, prawie cały czas byliśmy w podróży. A nawet jak byliśmy w domu to nasze myśli były skupione wokół przyszłych podróży. Teraz czas na powrót do relacji – chcę w szczegółach pokazać, jak to było z tą Antarktydą.
Skąd wzięło się marzenie zobaczenia tego zakątka świata?
Pierwszą styczność z polarnymi rejonami świata mieliśmy w 2016 roku, kiedy w sierpniu pojechaliśmy na Islandię, żeby ją objechać dookoła drogą nr 1. Już wtedy zachwyciły mnie widoki, zmienność i nieprzewidywalność pogody, odległości, puste przestrzenie. Zapragnęłam takich doświadczeń więcej. A będąc już dość doświadczonym podróżnikiem, szukałam informacji, gdzie jeszcze są możliwości oglądania przepięknych lodowych krain. I dotarliśmy jesienią 2016 roku do Patagonii. I tam popłynęliśmy pooglądać Pingwiny Magellańskie i już tam zdałam sobie sprawę, że z końca Ameryki Południowej można wyruszyć na Antarktydę. I chcę tam kiedyś być. Czemu nie? Szukałam informacji o możliwych podróżach na Antarktydę, ale było to 10 lat temu i możliwości było mało, a i wtedy to marzenie raczej było dla nas niedostępne finansowo. Ale ziarenko wykiełkowało.
Potem wracaliśmy kilkakrotnie na Islandię, była Alaska, Norwegia, Grenlandia, Wyspy Owcze. Za każdym razem wracając z tych miejsc czułam niedosyt i myślałam o tym jakby zrealizować podróż do Antarktyki. Cały czas obserwowałam oferty, szukałam możliwości, ale nie przychodziły. Czytałam, słuchałam, rozmawiałam z ludźmi i miałam marzenie, to wielkie marzenie. Wiosną 2024 poszliśmy do Południka Zero w Warszawie na prelekcję o tym jak dwoje młodych ludzi na Antarktydzie było i stamtąd się dowiedzieliśmy, jak oni to zrealizowali. I już wtedy wiedziałam, że to zrobię tylko nie wiedziałam, kiedy. Ofert było coraz więcej – więc było z czego wybierać – w ciągu ostatnich 10 lat ilość odwiedzających Antarktydę nawet się potroiła. Od powrotu z Andów rozpoczęliśmy żmudny proces szukania już konkretnych ofert, możliwości, terminów czy promocji. Cały czas liczyłam, że rejs odbędzie się w lutym, ale oferty na luty nie były jakoś korzystne. I wreszcie po długich negocjacjach, wyborach, zastanawianiu się, liczeniu i kombinowaniu, podjęliśmy decyzję. Wybór padł na rejs 10 dniowy, oferowany przez Albatros Expeditions by Polar Latitudes Expeditions w obszar South Shetland Islands oraz Antarctic Peninsula, statkiem Ocean Albatros. I zaczęły się przygotowania. Był styczeń, a rejs na Antarktydę miał się rozpocząć 20 marca. Było czytanie, oglądanie filmów, szukanie konkretów, aby nic nie przegapić.
Aby dostać się na Antarktydę - mamy w skrócie kilka możliwości:
1. Możemy wsiąść na duży statek wycieczkowy np. z Buenos Aires, Australii czy np. z Nowej Zelandii i popływać sobie po morzach Antarktydy bez lądowania,
2. Gdy wybieramy się np. na wyprawę na najwyższy szczyt Antarktydy - Masyw Vinsona lub na biegun południowy to możemy np. dolecieć z Kapsztadu na Antarktydę i stamtąd wybrać się dalej,
3. Możemy dołączyć się lub wyczarterować mniejsze jednostki pływające, np. jachty i pływać sobie po morzach i oceanach i pokonać Cieśninę Dreaka taką małą łajbą – no co kto lubi ;)
4. Możemy wybrać się na rejs z Australii czy Nowej Zelandii w region Antarktydy Wschodniej i Morza Rossa,
5. Możemy z Ushuaia w Argentynie tzw. statkiem ekspedycyjnym, który przyjmuje około 200 osób pasażerów i około 120 – 140 osób załogi – ale są też oferty łączone z Chile – lecimy samolotem na Wyspę Króla Jerzego i tam wsiadamy na statek. Omijamy tym samym najniespokojniejsze wody na świecie – Cieśninę Dreaka, ale płacimy dużo więcej, za już i tak drogie przyjemności.
Są też pewnie inne możliwości, statki transportowe, rejsy przy okazji itd. Ale wszystkie te możliwości mają jeden wspólny mianownik lub jak to zwał, utrudnienie - pogodę.
Co byśmy nie wybrali – jak pogoda lipa to nam pokrzyżuje plany, a ryzykujemy dużo, bo wszystkie warianty są drogie. Samoloty czasem czekają kilka dni na pozwolenie na start, statki zmieniają plany, wyprawa nie ma konkretnego planu tylko zarys trasy. Ale wcześniej są jeszcze argentyńskie linie lotnicze, które potrafią często płatać figle i ich pracownicy często strajkują.
W naszym przypadku, kiedy każdy dzień urlopu jest cenny – musieliśmy lecieć wcześniej, żeby mieć zapas czasu, bo statek na Antarktydę nie poczeka. Zdecydowaliśmy, że do Ushuaia dotrzemy prawie dwa dni wcześniej, żeby mieć zapas. Kilka dni przed naszym wylotem oczywiście nie obyło się bez stresu, bo strajk ogłosiły Argentyńskie linie lotnicze, ale na szczęście do strajku nie doszło. Lot mieliśmy dość długi, bo najpierw Madryt, potem Buenos Aires a potem dopiero Ushuaia. No w sumie 20 godzin samego lotu. Zmęczeni, ale szczęśliwi i co najważniejsze z bagażami, 19 marca rankiem dotarliśmy do najdalej na południe wysuniętego argentyńskiego miasta - Ushuaia. Po ogarnięciu się po podróży ruszyliśmy w miasto na kawę i zapoznanie się z okolicą. Wieczór nadszedł szybko, bo zmęczenie po locie dało się we znaki. Kolejnego dnia rano wybraliśmy się na trekking do lodowca Cerro Martial w Parku Narodowym Fin Del Mundo – co oznacza Koniec Świata.
20 marca o godz. 14:45 mieliśmy swoją kolej zaokrętowania się na statek – ale o tym w następnym odcinku.
Polar Latitudes Expeditions