22/07/2026
Tak czasem sobie myślę, jak to ze mną jest. Czy ja jestem w ogóle fotografem ślubnym? Im bardziej myślę, tym bardziej jestem i nie jestem jednocześnie. Jak kot Schrödingera, a przecież przepadam tylko z a niektórymi kotami 🐱
Do fotografii podchodzę już nie tylko z pasją, ale z zaangażowaniem i prawdziwą miłością. Od wielu lat fotografuję śluby, ale nie potrafię stać w miejscu. Patrzę, szukam, pogłębiam. Najpierw zaczęły się poszukiwania mistrzów fotografii ślubnej. brałem udział w warsztatach, konferencjach (na początek jest to inspirujące, ale się szybko nudzi).
Nie jestem człowiekiem, który śledzi trendy z instargama, pinteresta czy tiktoka. Znam je, wiem o co chodzi, ale od samego początku mnie to nie podniecało. Mnie interesują ludzie, relacje, reakcje, to co ludzie mają w środku. Co wobec tego?
Czas był wypłynąć na szerokie wody... Aparat mam przy sobie dosłownie codziennie i prawie zawsze przy sobie (nie, nie śpię z nim, ale do toalety czy łazienki czasem wchodzę). Za mną już poważne masterclassy (takie kursy i edukacja, której wtajemniczeni ludzie nie rozumieją, a która dodaje mi skrzydeł, i nie chodzi tylko o prestiż, ale jakość i autentyzm).
Dziś fotografuję śluby, zakochanych, familie. Dużą część zajmują jednak zdjęcia mojej rodziny, a także tworzę - ze słowiańska brzmiące - longterm projecty. Ten proces mnie zmienia, jestem innym fotografem. Fotografem nieślubnym. Potem przychodzi dzień wesela i fotografuję. Robię to inaczej, lepiej, głębiej, bo nie chodzi już o fotografię ślubną, ale o fotografię. Nie chodzi o ślub, chodzi o ludzi i to co ukryte głębiej (mam nadzieję, że mi to wychodzi).
Poniżej jeden z przykładów. Można robić first looki w ogrodzie (też je robię), ale można i tak: prosto, szczerze, pięknie. Yesong i Radek są piękni i zapewnili mi niezapomnianą, szczerą przygodę. Dzięuję